Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zurych. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zurych. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 sierpnia 2016

Restaurant Seerose - randka na jeziorze Zuryskim

Po dłuższym pobycie w Polsce i nadrabianiu zaległości po powrocie mogę w końcu usiąść i napisać Wam jakie ciekawe miejsca odwiedziłam w ostatnim czasie w Szwajcarii. Zdecydowałam zacząć od miejsca wyjątkowego, w którym możecie naprawdę smacznie zjeść, bo wiem, że recenzje restauracji są jednymi z waszych ulubionych na blogu :-)

Restauracja Seerose mieści się w zuryskiej dzielnicy Wollishofen i jest położona nad samym jeziorem Zuryskim. Siedząc przy stoliku umieszczonym na zewnątrz można podziwiać przepływające motorówki, prywatne łodzie, panoramę Zurychu, a przy dobrej pogodzie również Alpy. Świeża, śródziemnomorska kuchnia i piękne widoki sprawią, że poczujemy się jak na wakacjach w Monako albo Saint-Tropez - tak zapewniają nas na stronie właściciele lokalu ;-)

Zdjęcie: http://seerose.dinning.ch/
Trafiliśmy tam przypadkiem, kiedy wybraliśmy się na niedzielny spacer. Opinie znajomych nie zachęcały, ale wszystko inne w okolicy było zamknięte, więc postanowiliśmy zaryzykować. Dostaliśmy stolik przy samym brzegu jeziora i zamówiliśmy obiad. Stoliki były pełne, więc zapewne lepiej zrobić rezerwację wcześniej, bo nie każdy może mieć takie szczęście jak my i wślizgnąć się bez wcześniejszego zarezerwowania miejsc. 


Wbrew pozorom złożenie zamówienia nie było proste, bo... karta była napisana "odręcznie" (TUTAJ). Wybrałam baranie żeberka podane z grillowanymi warzywami, tabbouleh oraz jogurtem z miętą. Na zamówione dania trzeba było trochę poczekać, ale zdecydowanie było warto! Porcja była bardzo wyważona, nie za duża. Warzywa były świeże, mięso wręcz rozpływało się w ustach, a tabbouleh zdecydowanie najlepsza jaką dotychczas jadłam!


Pozostało więc pytanie skąd negatywne opinie? Miejsce piękne, obsługa bardzo miła, jedzenie na wysokim poziomie... Wtedy przyszedł czas na rachunek :-) Niestety restauracja Seerose nie należy do najtańszych, ani nawet tych ze średniej, zuryskiej półki. Ceny były dość wysokie (co można zauważyć już w karcie), ale zdecydowanie warto się tam czasami wybrać. 

Lokalizacja: 5
Wnętrze: 5
Obsługa: 5
Jedzenie: 5
Ceny: 4

Ocena ogólna: 4.8

Czy wybrałabym się tam jeszcze raz? TAK

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Chez Nhan - obiadek jak u wietnamskiej mamy

Ci, którzy śledzą fanpage mojego bloga, wiedzą, że wyzwanie muzealne będzie miało małe opóźnienie. Niemniej jednak niebawem posty zaczną się ukazywać regularnie - 5 muzeów i 5 piątków. Tymczasem zapraszam Was do azjatyckiej kuchni jak u wietnamskiej mamy. Dlaczego mamy? O tym przekonacie się czytając poniższą recenzję :-)

Wybór Chez Nhan nie był przypadkowy. Znajomi polecili nam tę restaurację, a menu na stronie tylko bardziej zachęciło mnie do odwiedzenia tego miejsca. Restauracja mieści się w dzielnicy Wiedikon, w Zurychu. Z zewnątrz niepozorna, w środku wita nas ciepłym wnętrzem. Największe wrażenie zrobił na mnie mały dziedziniec, na którym można usiąść w cieplejsze dni. Bardzo klimatyczny z mnóstwem zieleni. Niestety ten dzień należał bardziej do jesiennych i kompletnie nie zapowiadał zbliżającej się ciepłej wiosny, więc zdecydowaliśmy się na stolik w środku.


Chez Nhan to restauracja rodzinna prowadzona przez Nhan Marbacher-Vo i jej córkę Sabrine Phuong-Thi. Restauracja została otwarta ponad 15 lat temu i od tego czasu zachwyca świeżymi potrawami, bez zbędnych polepszaczy i, jak twierdzi sama właścicielka, z przepisów mam i babć, które tak własnie gotowały w Sajgonie. 


Na kolację wybraliśmy się we troje (ja, Paweł i Gosia z kanału fitblogerka) i zdecydowaliśmy, że każde z nas zamówi jedną przystawkę, którymi się podzielimy, abyśmy mogli spróbować czegoś więcej. Tym sposobem na stole pojawiły się 3 kawałki kurczaka na patyku, podane z sosem z orzechów ziemnych, sajgonki oraz świeże pierożki z krewetkami i sosem słodko-kwaśnym, które w mojej ocenie były najlepsze i z pewnością byłyby idealnym głównym daniem (jest opcja zamówienia 8 sztuk). Sajgonki były dość mocno usmażone, ale w smaku w ogóle nie było tego czuć. Były chrupiące i miały bardzo dobre, miękkie nadzienie. Kurczak z sosem z orzechów ziemnych również smakował świetnie i myślę, że jest idealną przystawką, ale jako danie główne by się nie sprawdził, bo jednak wraz z sosem był dość tłusty.




Zaraz po przystawkach na naszym stole pojawiły się dania główne. Gosia wybrała tradycyjną, wietnamską zupę PHO SAIGON, która jest podawana z talerzem kiełków sojowym z dwoma sosami - łagodnym i ostrym. Do wyboru było kilka rodzajów dodatków, Gosia zdecydowała się na wołowinę. Przyznam, że zupa była bardzo dobra, smakowała trochę jak nasz polski rosół, jednak mięso, makaron ryżowy i azjatyckie przyprawy dodały jej mocnego charakteru. 


Paweł zdecydował się na wołowinę, która okazała się bardzo miękka i dobrze przyprawiona. A przyznam szczerze, że zastanawialiśmy się czy nie będzie zbyt twarda. Świetne danie dla miłosników mięsa i smażonej cebuli, bo tej było bardzo dużo :-) Dodatkiem był ryż.


Ja zamówiłam coś oryginalnego, pokusiłam się o CANH CHUA - słodko-kwaśną zupę z tamaryndowca, z dodatkiem świeżych warzyw, ananasa i ryżu, który miałam podany w osobnej miseczce. I tak jak w przypadku pierwszej zupy, miałam do wyboru dodatek - kurczaka, rybę lub krewetki. Jak można się po mnie spodziewać w misce pływały wielkie robale ;-) Zupa okazała się zaskakująco dobra, chociaż przyznam, że na początku ilość połączonych ze sobą smaków trochę mnie przerosła. Świeża mięta, ostra papryka, seler naciowy i ananas, te smaki zdecydowanie dominowały. 


Do picia wybrałyśmy domową, mrożona herbatę, która była bardzo smaczna, ale za słodka i dopiero dolanie wody sprawiło, że smak był taki jak trzeba. Paweł spróbował wietnamskiego piwa, które smakowało w zasadzie nijak ;-)


W końcu przechodzimy do akcentu z obiadkiem jak u mamy. Zupa okazała się tak duża, że nie dałam rady jej zjeść. Właścicielka zapytała mnie czy zapakować mi resztę na wynos, żebym mogła odgrzać ją w domu i zjeść. Grzecznie odmówiłam, a wtedy pani postanowiła przekonać mnie, żebym jednak ją zabrała i powiedziała, że ta zupa jest taka zdrowa i dobra, że szkoda, aż tyle wylewać i że może jednak zgodzę się, żeby mi ją zapakowała. I tym sposobem wyszłam z restauracji z dużym uśmiechem i zupą w wielkim kubku :)


Ocena restauracji:


Lokalizacja:  (dojazd z centrum jest bardzo łatwy)
Wnętrze: 5 
Obsługa: 5  (dałabym więcej, ale brakuje skali :-) )
Jedzenie: 5 

Ocena ogólna: 5.00

Czy wybrałabym się tam jeszcze raz? TAK

piątek, 12 lutego 2016

Tiffins - mała Azja w Zurychu

Dano nie serwowałam Wam recenzji restauracji, dlatego też postanowiłam się zrehabilitować i napisać o miejscu, które zauroczyło mnie w ostatnim czasie. Zupełnie przypadkiem wybrałam się do Tiffins. Wraz z koleżanką szukałyśmy wegetariańskiej knajpki w okolicach Stadelhofen i tak szłyśmy i szłyśmy... I poniosło nas dobre 15 minut dalej, gdzie pojawiła nam się restauracja z wielkimi szybami, za którymi siedziało mnóstwo uśmiechniętych ludzi. Wzięłyśmy to za dobry omen i zdecydowałyśmy się spróbować, tym bardziej, że obydwie bardzo lubimy azjatycką kuchnię.


Większość miejsc była zajęta, ale kelner zdołał znaleźć nam miejsca przy długim, wspólnym stole. Podał kartę i zaproponował coś do picia. Już od wejścia restauracja zrobiła na mnie dobre wrażenie - kuchnia była otwarta, kucharze pracowali szybko, ale dokładnie, a przy tym śmiali się i żartowali. Tak myślę, bo nie rozumiałam kompletnie nic zważywszy, że wszyscy byli Azjatami ;-)



Wybór w karcie było bardzo duży, co zwykle przysparza mi kłopotu, bo wtedy najchętniej zjadłabym wszystko. Koleżanka poleciła mi spróbować Pad Thai, czyli smażony ryżowy makaron z jajkiem, warzywami oraz orzeszkami ziemnymi, wybrałam wersję podaną z krewetkami. 


Dania podano nam równocześnie (co, uwierzcie mi czasami się nie zdarza...) i zachwyciły mnie kompozycją (a raczej bałaganem ;-)) i klimatycznymi, zielonymi talerzami. Dużym plusem było to, że orzeszki były podane z boku, dzięki czemu to gość decydował ile chce ich dodać do makaronu. Warzywa były bardzo dobrze doprawione, makaron miękki, a krewetki nie gumowe, tylko właśnie takie, jakie powinny być. Jednym słowem - pycha! Porcja była dość duża, a cena, jak na Zurych bardzo przystępna, bo za takie danie policzyli 22.50 CHF. 


Podoba mi się opcja, którą znajdziecie na stronie internetowej restauracji - możliwość złożenia zamówienia online i odebrania swojego posiłku po drodze, gdy np. wracacie z pracy i nie macie ochoty gotować, a na siedzenie w restauracji nie macie siły ;-) Jedyne co dziwiło mnie w tej restauracji to to, że za każdym razem pojawiał się inny kelner - jeden przyniósł kartę, drugi przyjął zamówienie, trzeci proponował wino, a czwarty... Popsuł całe dobre wrażenie restauracji na odchodne mówiąc nam... Da swidania... ;-)

Lokalizacja: 5 (można sobie zrobić spacer znad jeziora)
Wnętrze: 5 
Obsługa: 5 
Jedzenie: 5 

Ocena ogólna: 5.00

Czy wybrałabym się tam jeszcze raz? TAK

poniedziałek, 14 grudnia 2015

PONIEDZIAŁKI ZE SZTUKĄ #4 - Martin Suter

No dobrze, dzisiaj nie będzie typowego poniedziałku ze sztuką, dziś mamy wieczór z literaturą szwajcarską :-) Skąd ten pomysł? Kończę właśnie czytać najnowszą książkę autorstwa szwajcarskiego pisarza - Martina Suter - pochodzącego z Zurychu i doszłam do wniosku, że warto wspomnieć o nim na moim blogu. Do recenzji książki chyba się nie nadaję, bo znając mnie, zaspoilerowałabym Wam połowę i jeszcze z ekscytacją wygadała jakie jest zakończenie ;-) Dlatego postanowiłam napisać kilka słów o tym autorze i oszczędzić Wam moich podnieceń jego świeżutką książką.

Martin Suter (Archiv). Zdjęcie: Keystone
Martin Suter urodził się 1948 roku w Zurychu. Przez większość życia był mocno związany z pracą w agencjach reklamowych - wraz z Robertem Stadler założył agencję reklamową Stadler & Suter, był także prezesem Art Directors Club w Szwajcarii, które jest profesjonalnym stowarzyszeniem dyrektorów artystycznych z branży reklamowej. W roku 1991 Suter zaczął pisać i pracować jako autor. Od 1922 do 2004 roku pisał dla tygodnika Weltwoche, pisał również dla Neue Zuercher Zeitung.

W 1997 roku wydał swoją pierwszą książę zatytułowaną "Small World", z której historia została sfilmowana, a główną rolę na ekranie grał Gerard Depardieu. Natomiast druga powieść pt. "The Dark Side Of The Moon" doczekała się swojej filmowej adaptacji, która miała swoją premierę na tegorocznym zuryskim festiwalu filmowym.


Z czasem Suter poszerzył swoją artystyczną działalność i napisał dwie komedie dla Theater am Neumarkt w Zurychu. Otrzymał też wiele nagród, między innymi nagrodę Swift dla Satyry Gospodarczej, która jest przyznawana od 2008 roku. Jest żonaty z projektantką Margrith Nay Suter i mieszka w Zurychu, więc, ci którzy tu mieszkacie, rozglądajcie się uważnie ;-)


Jak wspomniałam na początku aktualnie czytam jedną z książek Sutera, mianowicie "Montecristo", której akcja dzieje się w Zurychu. Główny bohater, Jonas Brand, odkrywa, że dwa banknoty stu frankowe, które posiada, mają ten sam numer seryjny. Jako reporter, nie potrafi zostawić tej sprawy bez wyjaśnienia i wplątuje się w niebezpieczne sytuacje. 

Książka została wydana w 2015 roku i w Szwajcarii możecie ją kupić niemal w każdej księgarni. W Polsce znalazłam ją jedynie w jednej księgarni internetowej, po niemiecku i to za przesadnie wysoką cenę. Jeśli jesteście na poziomie B2 z języka niemieckiego to bez problemu poradzicie sobie z tą książką. Nie myślcie tylko, że skoro nie potrzeba do niej perfekcyjnego niemieckiego to znaczy, że jest kiepska ;-) Wręcz przeciwnie, Suter pisze dość prostym językiem, ale sporej dawce humoru i ironii bardzo przyjemnie się to czyta :-)


piątek, 6 listopada 2015

PROZENTBUCH - czyli zniżki, zniżki i zniżki ;-)

Kto nie lubi zniżek i promocji? Chyba nie ma takiej osoby :-) Wiem, że miałam nie pisać przez jakiś czas (wspominałam na facebooku o problemach zdrowotnych), ale nie umiem tak siedzieć i patrzeć w sufit, poza tym dostałam dzisiaj przesyłkę i muszę Wam o niej napisać :-)


Od 4 lat, czyli od początku mojego pobytu w Szwajcarii regularnie kupuję Prozentbuch. Jest to książeczka zniżkowa - zawiera bony zniżkowe do restauracji, barów, na baseny, kręgle i mnóstwo innych atrakcji. Książeczka jest dostępna dla czterech miast, w różnych cenach:



Każda z nich jest również dostępna w dwóch wersjach - pocket oraz premium, które różnią się od siebie wielkością. Pierwsza, którą zamówiłam była premium, kolejne już pocket, gdyż są mniejsze i wygodniejsze do noszenia przy sobie, a w końcu nigdy nie wiem kiedy będę miała ochotę skoczyć na spontaniczny obiad czy na drinka z koleżanką ;-)

Bony są ważne od 1 listopada b.r. do 31. października roku następnego. Wnętrze jest podzielone na trzy kolory:

czerwony oznacza gastronomię,
- niebieski oznacza życie nocne,
- zielony oznacza czas wolny,

Bony na drinki oraz restaurację działają na zasadzie 2 za cenę jednego - tańsze danie jest gratis. Jest to bardzo fajna opcja, gdy chcecie wypróbować droższe restauracje, ale pamiętajcie o tym, że napoje i przystawki nie są w cenie, więc warto rozważyć ile chcecie wydać na dane wyjście.

Stety i niestety miejsca często się powtarzają. Niestety dla tych, którzy lubią wciąż odkrywać coś nowego, a stety dla tych, którzy cenią sobie możliwość powrócenia do wypróbowanej knajpki. Poniższe dwa miejsca odwiedziłam wraz z poprzednią edycją książeczki i pisałam o nich na blogu.





Koszt książeczki zwraca się bardzo szybko, jestem pewna, że już po jednym lub dwóch wyjściach na kolację, albo inną atrakcję. Ponadto motywuje do częstszych wyjść, bo skoro już jest to czemu by nie iść znów na miasto? ;-) Dla ułatwienia na odwrocie każdego bona znajdziecie mapkę z zaznaczeniem, gdzie dane miejsce się znajduje.



Opowiadałam o tym w filmie "5 rzeczy, które umilą i ułatwią Wam życie w Szwajcarii", jeśli jeszcze go nie widzieliście to zachęcam do oglądania :-)





niedziela, 1 listopada 2015

KALENDARIUM #9 - 11/2015

Witajcie w listopadowym kalendarium! Na wstępnie muszę się trochę wytłumaczyć. Miałam sporo pracy i na blogu pojawiało się znacznie mniej, a że postanowiłam postawić konkretną i grubą krechę między blogiem a kanałem na YouTube to takie są efekty. Postanowiłam, że na blogu będą pojawiać się kalendaria, relacje oraz recenzje. Czarno na białym ;-) A YouTube będzie znacznie luźniejszy, będą pojawiać się tam filmy z wydarzeń, ale także takie z poradami dotyczącymi życia w Szwajcarii, vlogi z życia codziennego oraz z moich podróży do innych krajów, więc żeby nazwa kanału nie była myląca i nie kojarzyła się w 100% z blogiem, zmieniłam ją na... po prostu AgnieszkaMP_Vlog - zachęcam do subskrybowania, komentowania, bo nic nie daje takiego kopa do pracy jak świadomość, że ktoś mnie ogląda ;-)

To teraz przejdźmy do konkretów. Co ciekawego dzieje się w Szwajcarii w listopadzie? :-)


WYSTAWY

  • Kunsthaus Zuerich zaprasza na wystawę Joana Miró. "Wall, Frieze, Mural" to wystawa, którą możecie oglądać już od miesiąca, a potrwa aż do 24. stycznia 2016 roku. Więcej informacji znajdziecie TUTAJ
The Farm, 1921–22
Oil on canvas, 123.8 x 141.3 x 3.3 cm
National Gallery of Art, Washington, DC, Gift of Mary Hemingway
  • "Eselskarren & Orangen - Sizilianische Volkskultur" to wystawa, która rozpoczyna się 19.11.2015 i jak sama nazwa wskazuje będzie przedstawiać sycylijską kulturę ludową. Będziecie mogli ją zobaczyć w Museum der Kulturen w Bazylei. Wiecej informacji znajdziecie TUTAJ

http://www.mkb.ch/de/programm/events/2015/Eselskarren_Orangen.html

WYDARZENIA

  • EXPOVINA, czyli 62. wystawa win na 12 statkach na zuryskim Buerkliplatz to coś, na co próbuje się wybrać od 2 lat i wciąż mi się to nie udaje. Liczę, że tym razem będzie inaczej, a i Wam polecam tę imprezę :-) Impreza trwa aż do 17. listopada, a więcej informacji o tej zuryskiej tradycji znajdziecie TU
http://www.expovina.ch/expovina/willkommen/
  • W poprzednim miesiącu proponowałam Wam Basler Herbstmesse (ja byłam! Jak się bawiłam możecie zobaczyć TUTAJ :-)), a w tym miesiącu polecam Wam mniejszą, ale równie fajna imprezę :-) Die Winti Maess odbędzie się w dniach 25.-29.11.2015 w Winterthur. Na 9000 metrach kwadratowych będziecie mogli zobaczyć aż 260 stoisk z różnościami. Dla każdego coś miłego :-) Więcej informacji znajdziecie TUTAJ
http://www.wintimaess.ch/htm/besucher.htm
  • Od 10 do 15 listopada będzie trwał 10. Oriental & Flamenco Gypsy Festival, który będziecie mogli zobaczyć w kilku miastach: Gretzenbach, Lausanne, Aarau, Zurychu, Bernie oraz Bazylei. Dokładne informacje, daty i ceny znajdziecie TUTAJ



KONCERTY

  • 07.11.2015 rozpoczyna się 21. Lucerne Blues Festival. Jeśli lubicie bluesowe klimaty to koniecznie zajrzyjcie na  STRONĘ festiwalu i zaopatrzcie się w bilety :-) Przeglądając zdjęcia z poprzednim edycji mogę wywnioskować, że było naprawdę dobrze!

http://www.bluesfestival.ch/
  • 12. listopada w zuryskim klubie X-TRA zagra zespół Alabama Shakes, amerykański zespół z klimatów bluesowo - soulowych, trudno jest mi ich określić, ponieważ posłuchałam jedynie kilka utworów, ale są tak przyjemnie klimatyczni, że chętnie polecę Wam ich koncert :-) Więcej info o samej imprezie TUTAJ


  • I ostatnia impreza, którą Wam polecam to koncert zespołu Deep Purple, którego chyba nie muszę przedstawiać :-) Odbędzie się 09.11.2015 na Hallenstadion w Zurychu. Ja widziałam ich dobre 6 lat temu, ale wybieram się raz jeszcze :-) Więcej informacji znajdziecie TU



Mam nadzieję, że zdołaliście znaleźć tutaj coś dla siebie. Koniecznie napiszcie mi na jakie wydarzenia wybieracie się w najbliższym czasie :-)

czwartek, 1 października 2015

KALENDARIUM #8 - 10/2015

Nie wiem jak Wam, ale mi wrzesień minął bardzo szybko, intensywnie i pracowicie. Byłam na konferencji, miałam sporo pracy "w pracy", a w międzyczasie starałam się dbać o blog i vlog, ale nie zawsze mi się to udawało. W związku z tym, że wrzesień minął błyskawicznie to czas już na kolejne, październikowe kalendarium! Sprawdźmy co ciekawego dzieje się w Szwajcarii w tym miesiącu :)

WYSTAWY

Dzisiaj zacznę troszkę samolubnie, ale chciałabym zaprosić Was na dwie wystawy, które możecie zobaczyć w Muzeum Polskim w Rapperswilu. Pisze o tym teraz, ponieważ październik to ostatni miesiąc w tym roku, gdy muzeum jest otwarte codziennie. Od listopada, tak jak co roku, muzeum będzie czynne tylko w weekendy.

  • W krużganku Zamku Rapperswil możecie zobaczyć obszerną wystawę dotyczącą Polaków internowanych w Szwajcarii. Wystawa powstała we współpracy z Instytutem Pamięci Narodowej i znajdziecie na niej mnóstwo historii, informacji oraz zdjęć z okresu internowania Polaków.
  • Dobra wiadomość dla tych, którzy mieli ochotę wybrać się na wystawę Beaty Czapskiej, ale nie mieli wcześniej na to czasu. Wystawa zostaje przedłużona do końca października! :)



  • Od 4 października w Fondation Beyeler (Riehen/Basel) możecie podziwiać wystawę BLACK SUN inspirowaną twórczością rosyjskiego malarza i teoretyka sztuki, który był polskiego pochodzenia, Kazimierza Malewicza (Kasimir Malewitsch). Na wystawię znajdują się obrazy, instalacje czy rzeźby 35 artystów, między innymi takich jak Dan Flavin, Lucio Fontana, On Kawara, Felix Gonzalez - Torres, Wassily Kandinsky, Andy Warhol czy uwielbiany przeze mnie Jean Tinguely. 
Andy Warhol, Black and White Disaster #4 [5 Deaths 17 Times in Black and White], 1963, Acryl, Siebdruckfarbe&Bleistift auf Leinwand, zweiteilig, Credit: Kunstmuseum Basel | http://www.fondationbeyeler.ch/ausstellungen/black-sun/einleitung

WYDARZENIA

  • Od 9 do 12 października w Zuercher Kongreshaus odbywa się 21 edycja "targów dla koneserów" GOURMESSE :) Zainteresowanych zapraszam po więcej informacji TUTAJ Zapowiada się super smacznie :)

  • 24 października rozpoczyna się jedna z moim ulubionych imprez w Szwajcarii, czyli Basler Herbstmesse! To czas, gdy Bazylejczycy witają jesień, każdy plac w mieście zamienia się w wesołe miasteczko, a całe miasto pachnie prażonymi migdałami i grzanym winem. Na placach czeka na Was mnóstwo atrakcji - karuzele, kolejki, domy strachu i stoiska z pysznościami. Zabawa trwa aż dwa tygodnie! A ja zapewniam Wam, że nie da się tam nudzić :) Dla zachęty załączam zdjęcia z moich poprzednich Herbstmesse :)




  • Na koniec przedstawiam Wam wydarzenie, którego już nie mogę się doczekać! Na deskach Luzerner Theater wystawiany będzie SWEENEY TODD! Niewtajemniczonym wyjaśnię, że jest to historia demonicznego golibrody z Fleet Street... Postać Sweeney Todda była odtwarzana wiele razy w musicalach, na deskach teatru, a nawet w filmie. Osobiście uwielbiam film w reżyserii Tima Burtona o tym samym tytule :) Spektakl dozwolony od lat 14! Wnioskuję więc, że historia została nieco złagodzona ;) Więcej informacji odnośnie tego przedstawienia, terminy, ceny oraz obsadę i reżyserię znajdziecie TUTAJ

Plakat filmowy: Sweeney Todd - demoniczny golibroda z Fleet Street

KONCERTY

  • 15 października na zuryskim stadionie wystąpi Dave Matthews Band. Fanów rockowego grania zapraszam po więcej szczegółów na stronę Hallenstadion, o TU :)



  • Pozostajemy w klimacie rockowym, ale przenosimy się aż do lat 60, kiedy to powstał zespół Nazareth, który możecie zobaczyć już 25.10. w Konzertfabrik Z7 w Pratteln. Więcej info znajdziecie na stronie klubu :)



  • Na koniec coś, co pewnie nie zainteresuje zbyt wielu z was, ale... Ale ja czekam na ten koncert od roku! Kupiłam bilety rok temu i właśnie przed rokiem miał się ten koncert odbyć, ale został przełożony dopiero na teraz. Tak więc sami widzicie, to niemal okazja do świętowania ;) Zespół Deine Lakaien widziałam już raz, podczas festiwalu Castle Party w Bolkowie. Deine Lakaien to duet muzyczny, w którego skład wchodzą kompozytor klasyczny, pianista i perkusista Ernst Horn oraz wyjątkowy Alexander Veljanov. Muzyka jaką wykonują panowie to klimaty darkwave, industrial czy mroczny, gotycki rock. Jeśli się nie boicie to serdecznie zapraszam 28.10. do klubu X-TRA w Zurychu! ;) KLIK


I to by było na tyle w aktualnym, październikowym kalendarium . Mam nadzieję, że znaleźliście tutaj również coś dla siebie :)



środa, 16 września 2015

Pot Belly`s - napełnij brzuch w amerykańskim stylu

Tak, lubię burgery. Tylko takie porządne, z dobrą wołowiną, świeżymi warzywami oraz prawdziwymi ziemniakami pokrojonymi na frytki wraz ze skórką... Głodni? ;) Mi na samą myśl cieknie ślinka! Pewnie dlatego po raz kolejny recenzuję burgera oraz to właśnie jego wybrałam na mój "cheat meal" aktualnej diety :)


Tym razem zabieram Was ponownie na obrzeża Zurychu. Wysiadamy na stacji Sood-Oberleimbach i jesteśmy na miejscu. Najlepiej wybierzcie się tam grupą, bo w tym lokalu nie można się nudzić. Czekają na Was stoły do bilarda i snookera, tarcze do rzutek no i naprawdę dobre jedzenie.

Lokal mieści się zaraz przy stacji pociągu i prócz dużej przestrzeni w środku posiada również przestronny taras, idealny do spedzania weekendowego wieczoru, gdy jest ciepło. Klimat jest dość amerykański a obsługa restauracji bardzo miła, pomocna i otwarta. 

W Pot Belly`s miałam okazję być kilkakrotnie. Za każdym razem decydowałam się na burgera i ani razu nie udało mi się go zjeść do końca! Porcje są naprawdę ogromne! W iście amerykańskim stylu ;) Są tak duże, że po wyjściu z lokalu czuję się jakbym wygladała jak pan z logo restauracji! 

http://www.potbellys.ch/
Do wyboru macie też aż 17 rodzajów burgerów! Wcześniej próbowałam Mexikan Burger, czyli kotleta podanego w bułce z warzywami, guacamole oraz salsą. Jest naprawdę smaczny i dzięki dodatkom można łudzić się, że "nawet zdrowy" ;) Tym razem zdecydowałam się na Mafioso Burger, w którym dodatkami były pomidory, mozzarella, cebula i pesto. Zestaw komponował się idealnie i również bardzo przapadł mi do gustu. Podobają mi się jeszcze inne propozycje, które muszę kiedyś wypróbować: Helvetic Burger (grzyby, ser Gruyere), 9-1-1 Fire! Burger (ser, ostra salsa, jalapenos, grzyby), French Way Burger (ser Brie, ogórki, majonez) oraz Shanghai Burger (kurczak, ananas, słodkie chilli). Oczywiście nie brakuje propozycji dla tych, którzy nie jedzą mięsa - w karcie widnieje też Homemade Vegi Burger :) Również wybór piwa jest zadowalający, ponieważ mamy do wyoru kilka rodzajów "piwa z kija".

U góry: Mafioso Burger
Na dole: Mexican Burger
Nie będę Wam pisać, że wszystko jest takie kolorowe. Podana bułka nie wygląda na pieczoną w restauracji, ale nie zmienia to faktu, że jest naprawdę w porządku i nie mam do niej zastrzeżeń. Kotlety mogą Was trochę zaskoczyć, nie są okrągłe, ale podłużne, przapominają kształtem piłkę do rugby ;) I, jak wspomniałam wcześniej, są naprawdę duże! Burgery zawsze są podane z naprawde dobrymi, grubo krojonymi i nie za bardzo tłustymi domowymi frytkami oraz surówką Colesław. 

Ceny burgerów wahają się od 19.90 CHF za totalnie klasyczną wersję do 33.90 CHF za potwora, który wszystko, łącznie z kotletem, ma podwójne ;) Najczęściej jednak cały zestaw kosztuje 23.90 CHF, więc jest to bardzo dobra cena. A uwierzcie mi na słowo, wyjdzecie stamtąd zadowoleni ze smaku i okrągli jak trzmiele z przejedzenia ;)

Oprócz burgerów restauracja serwuje wiele innych potraw: od sałatek, przez spaghetti do azjatyckich wynalazków. 

Do Pot Belly`s wybiorę się zapewne jeszcze nie raz i Was rownież zachęcam do wypróbowania tego miejsca, gdy będziecie w okolicy Zurychu :) Smacznego i bawcie się dobrze!


czwartek, 13 sierpnia 2015

Pizzeria Capri - raj dla miłośników prawdziwej, włoskiej pizzy

Bliziutko Zurychu, bo zaledwie 15 minut pociągiem (S4 | kierunek Sihlwald | stacja Adliswil) od dworca głównego znajduje się małe miasteczko o nazwie Adliswil. Część z Was może kojarzyć to miejsce, ponieważ to właśnie stąd można wybrać się kolejką linową na szczyt Felsenegg a pisała o tym na blogu Ania, o TUTAJ. Jeśli któregoś dnia wybierzecie się tu na wycieczkę to nie zapomnijcie wpaść na obiad o pizzerii Capri.


W Adliswil mieszka bardzo dużo Włochów i to pewnie stąd sporo pizzerii, i specyficzny klimat tego miasteczka. Co ciekawe, Capri nie jest prowadzona przez Włocha, ale pizzę przygotowują i pieką Włosi, więc jest na naprawdę dobrym poziomie.

Byłam w tym miejscu już kilkakrotnie i to nie tylko dlatego, że mieszkam niedaleko ;-) Pizza jest tu naprawdę dobra, a jeśli macie ochotę na zupę czy makaron to też możecie być pewni, że będą świeże i smaczne.

Pizzeria z zewnątrz wygląda dość niepozornie. Położona w centrum miasteczka, tuż obok sklepu prowadzonego przez uprzejmego Hindusa, solarium i sklepiku z artykułami dla zwierząt nie zachęca do wejścia i wydaje się nieciekawa. Ot, jak dziesiątki innych restauracji. Dopiero po przekroczeniu progu, gdy dotrą do nas wspaniałe zapachy wydobywające się z kuchni nabieramy większego apetytu. 


Do wyboru mamy aż 26 rodzajów pizzy, w tym specjalność szefa kuchni - pizzę Adliswil :-) Tutejsza pizza nie ma tradycyjnego, okrągłego kształtu, tylko jest owalna. Składniki są zawsze świeże a ich ilość idealna - nie spotkacie tu trzech plasterków papryki i jednego pomidorka koktajlowego na swojej pizzy, ale też szef kuchni nie wysypie Wam całego słoiczka kaparów ;-) Ja mogę Wam polecić pizzę z mascarpone i pesto, którą jadłam tak dwukrotnie i za każdym razem była pyszna. Niestety nie widzę jej w karcie na stronie, ale myślę że w lokalu będzie nadal dostępna, więc pytajcie śmiało o to oryginalne połączenie. 


W rankingu na stronie Trip Advisor pizzeria Capri zajmuje całkiem niezłe piąte miejsce na piętnaście restauracji w miasteczku. Wystarczy przeczytać komentarze, aby zobaczyć, że większość ludzi zachwala pizzę pisząc, że nie zamawia tu innego jedzenia nie dlatego, że jest złe, ale dlatego, że pizza jest tu "suuuper dobra" ;-) Ceny w pizzerii nie odbiegają od tych w innych miejscach tego typu. Duży plus od wszystkich odwiedzających to miejsca ma obsługa lokalu. Zawsze na wysokim poziomie i świetnie przygotowana. 

Pizzeria Capri to idealne miejsce dla fanów włoskiego jedzenia. Można tu poczuć klimat tego kraju i naprawdę dobrze zjeść. Dodam, że porcje są tak duże, że zadowolą nawet największych głodomorów :-)

Oficjalna strona pizzerii TUTAJ


poniedziałek, 20 lipca 2015

Musee Visionnaire w Zurychu - recenzja wystawy ART BRUT JAPAN


Długo zbierałam się do tej recenzji. Długo to mało powiedziane! Na wystawie byłam dobre 2 miesiące temu i od tamtego czasu zastawiałam się co Wam o niej napisać. Teraz już wiem i nawet całkiem nieźle udało mi się zgrać w czasie, ponieważ jeśli kogoś ta wystawa zainteresuje to ma czas do końca tego tygodnia na obejrzenie jej.


Musee Visionnaire to tak naprawdę niewielka galeria mieszcząca się w głębi krętych uliczek turystycznej części Zurychu. Termin ART BRUT (sztuka marginesu) wymyślił Jean Dubuffet, francuski malarz i rzeźbiarz, który poszukiwał oryginalnych, osobistych dzieł, które są wolne od wpływów świata sztuki oraz nie dbają o konwencje. Sztuka, której poszukiwał Dubuffet wychodziła z "wewnętrznego impulsu" i była tworzona z silnej potrzeby człowieka. Możemy powiedzieć, że ART BRUT to nie styl sam w sobie a sposób tworzenia oraz styl artystów. Dubuffet szczególnie cenił sztukę ludzi umysłowo chorych oraz dzieci i jako pierwszy stawiał sztukę nieprofesjonalną na równi z profesjonalną. A jako małą ciekawostkę dodam, że urodził się dokładnie tego samego dnia co ja, ale 86 lat wcześniej... ;-) 


Przyznam się szczerze, że wcześniej te pojęcia były mi nieznane i nie do końca wiedziałam czego się spodziewać. Do wybrania się na wystawę zachęciła mnie ciekawość kultury japońskiej oraz... plakat przedstawiający sympatycznego, ubranego na różowo Pana Japończyka z ciekawymi ozdobami w uszach, o które nieźle by się u nas wkurzyli obrońcy praw zwierząt.


Bilet do Musee Visionnaire kosztuje 9 CHF i upoważnia do obejrzenia aktualnej wystawy (CENNIK). W kasie muzeum pracuje bardzo miła Pani, która niestety nie udziela zbyt wielu informacji oraz nie pomaga przy ogarnięciu kierunku zwiedzania. Na wystawę wybrałam się z koleżanką, która tak jak ja była zaciekawiona tym, co może nas tam spotkać i tak jak jak... zawiedziona na miejscu. 

Główną atrakcją wystawy były rysunki, które chyba naprawdę były tworzone bardzo "z wewnątrz" i idealnie wpisywały się w to, co czytałam o ART BRUT. Chociaż niektóre mimo swojej dziecięcej prostoty były ciekawe - na przykład postacie Masao OBGATA, malowane na tekturowych kartonach lub "poszerzające" się kobiety Takako SHIBATA ;-)



Na szczególna uwagę zasługują rysunki (wykonane bodajże flamastrami), które przedstawiały namalowane z wyjątkową precyzją miasto tętniące życiem.


Moim ulubionym eksponatem tej wystawy, a właściwie eksponatami są aluminiowe figurki małych wojowników, no cudo ;-)



Niestety dalej nie jest już tak fajnie i kolorowo. O ile całość wystawy jest bardzo interesująca i ukazuje nam odmienność japońskiej kultury i "niepoprawność" ART BRUT to dużym minusem był fakt, że film, który prezentował historię wystawy oraz artystów, których pracę można na niej zobaczy był jedynie po japońsku i tylko z francuskimi napisami. Niestety te języki są mi zupełnie obce i mimo szczerych chęci nie byłam w stanie ich obejrzeć. Myślę, że to spory minus, biorąc pod uwagę, że Zurych leży w kantonie niemieckojęzycznym. Z drugiej strony, w końcu byłam w Musee Visionnaire, więc mogłam się spodziewać francuskiego.

Zwieńczeniem naszego zwiedzania miała być wystawa zdjęć autorstwa szwajcarskiego fotografa Mario DEL CURTO oraz drewniane rzeźby. Te eksponaty były umieszczone na piętrze... w biurze. Być może jest to stały element zwiedzania tego muzeum, dzięki któremu możemy zobaczyć co, jak i gdzie robią pracownicy Musee Visionnaire, ale przyznam, że czułam się trochę skrępowana. Największym zawiedzeniem okazał się BRAK zdjęcia, które zachęciło mnie to przyjścia na wystawę. Liczyłam, że skoro jest reklamą to na pewno je zobaczę na ścianie.



Podsumowując... Bardzo ciekawy pomysł, interesujące postacie artystów, ale niestety niezbyt dobre przygotowanie wystawy sprawiły, że bardziej czuję zawiedzenie niż spełnienie po odwiedzeniu Musee Visionnaire

Nie poddaję się jednak i z pewnością wybiorę na tam na kolejną wystawę, aby zobaczyć czy był to jednorazowy "wyskok" czy może nie warto się tam więcej fatygować. Dam Wam z pewnością znać :-)

Oficjalna strona Musee Visionnaire TUTAJ


OBEJRZYJ KONIECZNIE! :-)

Przeczytaj również: