Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzenie. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 sierpnia 2016

Restaurant Seerose - randka na jeziorze Zuryskim

Po dłuższym pobycie w Polsce i nadrabianiu zaległości po powrocie mogę w końcu usiąść i napisać Wam jakie ciekawe miejsca odwiedziłam w ostatnim czasie w Szwajcarii. Zdecydowałam zacząć od miejsca wyjątkowego, w którym możecie naprawdę smacznie zjeść, bo wiem, że recenzje restauracji są jednymi z waszych ulubionych na blogu :-)

Restauracja Seerose mieści się w zuryskiej dzielnicy Wollishofen i jest położona nad samym jeziorem Zuryskim. Siedząc przy stoliku umieszczonym na zewnątrz można podziwiać przepływające motorówki, prywatne łodzie, panoramę Zurychu, a przy dobrej pogodzie również Alpy. Świeża, śródziemnomorska kuchnia i piękne widoki sprawią, że poczujemy się jak na wakacjach w Monako albo Saint-Tropez - tak zapewniają nas na stronie właściciele lokalu ;-)

Zdjęcie: http://seerose.dinning.ch/
Trafiliśmy tam przypadkiem, kiedy wybraliśmy się na niedzielny spacer. Opinie znajomych nie zachęcały, ale wszystko inne w okolicy było zamknięte, więc postanowiliśmy zaryzykować. Dostaliśmy stolik przy samym brzegu jeziora i zamówiliśmy obiad. Stoliki były pełne, więc zapewne lepiej zrobić rezerwację wcześniej, bo nie każdy może mieć takie szczęście jak my i wślizgnąć się bez wcześniejszego zarezerwowania miejsc. 


Wbrew pozorom złożenie zamówienia nie było proste, bo... karta była napisana "odręcznie" (TUTAJ). Wybrałam baranie żeberka podane z grillowanymi warzywami, tabbouleh oraz jogurtem z miętą. Na zamówione dania trzeba było trochę poczekać, ale zdecydowanie było warto! Porcja była bardzo wyważona, nie za duża. Warzywa były świeże, mięso wręcz rozpływało się w ustach, a tabbouleh zdecydowanie najlepsza jaką dotychczas jadłam!


Pozostało więc pytanie skąd negatywne opinie? Miejsce piękne, obsługa bardzo miła, jedzenie na wysokim poziomie... Wtedy przyszedł czas na rachunek :-) Niestety restauracja Seerose nie należy do najtańszych, ani nawet tych ze średniej, zuryskiej półki. Ceny były dość wysokie (co można zauważyć już w karcie), ale zdecydowanie warto się tam czasami wybrać. 

Lokalizacja: 5
Wnętrze: 5
Obsługa: 5
Jedzenie: 5
Ceny: 4

Ocena ogólna: 4.8

Czy wybrałabym się tam jeszcze raz? TAK

piątek, 11 grudnia 2015

Jarmarki Bożonarodzeniowe w Zurychu | 2015

Dzieje się, sporo się dzieje! Miasto pachnie kasztanami i grzanym winem, a co kilka metrów można spotkać choinkę. Zapraszam Was na krótką wycieczkę po jarmarkach świątecznych w Zurychu.


Niestety nie miałam na tyle czasu i energii, aby zwiedzić wszystkie miejsca, które chciałam. Wybrałam się za to pod Operę Zuryską oraz tradycyjnie, na zuryski dworzec, aby zobaczyć co ciekawego znajduje się na tamtejszych stoiskach. 


Jeśli jesteście głodni to polecam Wam Wienachtsdorf am Bellevue, czyli świąteczną wioskę pod Operą Zuryską. Jest tam zdecydowanie więcej stoisk z jedzeniem, bardzo duży wybór i przyznam, że niektóre budki mogą Was nieźle zaskoczyć! Znajdziecie tam tradycyjne Fondue, Raclette, Roesti, ale nie zabraknie też czegoś egzotycznego, co w moim mniemaniu nijak ma się do świątecznego klimatu - chińskie budki, a nawet afrykańskie przysmaki. Moim numerem 1 (chociaż jeszcze go nie jadłam, ale od samego zapachu się ślinię ;-)) jest łosoś opiekany (wędzony?) żywym ogniem. Pachnie wspaniale i jeszcze przed Świętami planuję się na niego wybrać. Hitem tegorocznego jarmarku okazały się... chipsy! Te, które możecie kupić przy Bellevue są krojone na miejscu i wypiekane przez Pana na bieżąco. Świeże, pachnące i niestety... bardzo dobre ;-) Więc jeśli ktoś z Was ma słabość do słonych przekąsek to niech lepiej omija to stoisko szerokim łukiem, bo +5kg. po jarmarku gwarantowane ;-)

Łosoś
Chipsy 
Jeśli chcielibyście kupić jakiś prezent dla przyjaciół to zdecydowanie polecam przenieść się na Hauptbahnhof. Na Bellevue też kupicie coś ciekawego, ale będą to raczej "hipsterskie" rzeczy, jak torby Freitag (robione z plandek ciężarówek), za które zapłacicie dziesiątki, jak nie setki franków. 

Zwykle po  odwiedzeniu placu pod operą wracałam na dworzec przez stare miasto i zwiedzałam tamtejsze budki. I to było chyba moje ulubione miejsce każdego roku. Niestety tym razem zabrakło mi czasu i... zdrowia ;-) Więc tramwajem udałam się do hali głównej zuryskiego dworca.


Na dworcu głównym spotkacie 15 metrową, wysadzaną 7000 kryształów Swarovskiego, błyszczącą choinkę, ogrodzoną szklaną ścianą i obserwowaną z daleka przez ochronę. Zaufanie jest, ale nie przesadzajmy ;-) 


Tutaj też znajdziecie więcej tradycyjnych, szwajcarskich przysmaków - zjecie Raclette, Flammkuchen i moje ulubione Apfelchuechli, o którym opowiadałam Wam przy okazji Herbstmesse (TUTAJ). W odróżnieniu od Bellevue, na HB napijecie się też grzanego piwa. 

Z ciekawostek, które udało mi się tam znaleźć polecam Wam budkę z domowymi babeczkami, które wyglądają przepięknie! Jeśli lubicie słodycze to polecam Wam też Schokokuss, czyli słodkie pianki w czekoladzie :-) 


Zachwyciło mnie też stoisko z czekoladowymi... narzędziami, do wyboru macie sporo - kombinerki, młotki, śrubki. Niestety nie ma widocznych cen, a same czekoladowe "narzędzia" są drogie, gdyż za naprawdę niewielkie kombinerki zapłaciłam 12.00 CHF. Mało tego, Pani na stoisku była niemiła i na koniec wydała mi za mało pieniędzy i musiałam się upominać o swoje, na co zareagowała skrzywioną miną. 


Żałuję, że w tym roku nie odwiedzę innych jarmarków. Rok temu udało mi się być również w Bazylei oraz Rapperswilu. A jakie są Wasze ulubione miejsca i przysmaki? :-) Chętnie przeczytam i przygotuję sobie typy na przyszły rok! :-)

Więcej zdjęć z jarmarku zobaczycie TUTAJ

czwartek, 19 listopada 2015

Ristorante Da Vinci - po włosku w Bernie!

Wiem, że sporo z Was lubi, gdy piszę swoje wrażenia z restauracji. Nic dziwnego, każdy lubi jeść, a dzięki moim kilku słowom może znajdziecie miejsce, które chcielibyście odwiedzić :-) Przyznam, że również bardzo lubię czytać recenzje restauracji, bo co jak co, ale jedzenie chyba nigdy mi się nie znudzi ;-)

Dzisiaj chciałabym opowiedzieć Wam o restauracji, pizzerii, pasterii Da Vinci, która znajduje się nieopodal Baerenplatz w Bernie. Poszłyśmy tam za namową Magdaleny i przyznam, że wybrała bardzo dobrze, i tak jak sama powiedziała jeszcze przed wejściem do tego miejsca - pizza tu nie jest może najlepsza, ale na pewno dobra :-)


Od wejścia wita nas miła obsługa i kieruje do stolika z bardzo ładnym widokiem na plac i Kaefigturm. Nad nami wisi reprodukcja obrazu Leonardo Da Vinci "Mona Lisa". To właśnie od jego nazwiska wywodzi się nazwa lokalu. Na stronie internetowej pizzerii możemy przeczytać historię tego artysty - malarz, rzeźbiarz, wynalazca, naukowiec, syn notariusza, od 14 roku życia uczeń znanego wówczas we Florencji malarza Verrocchio, przeżył 67 lat. Myślę jednak, że nikomu nie muszę go przedstawiać. 

Wnętrze restauracji jest przestronne, ciepło i elegancko urządzone. Obsługa krząta się po sali uśmiechając się do gości i delikatnie, nie nachalnie upewniając się czy wszystko jest w porządku. W końcu trafia do naszego stolika, a my, jak to trzy niezdecydowane kobiety po raz kolejny prosimy Panią, aby wróciła za chwilę, bo wciąż nie przeczytałyśmy całej karty, tak jest obszerna. W końcu wybór pada na pizzę, dwie hawajskie i jedną z gorgonzolą, a do tego piwo Gurten.

http://www.ristorantedavinci.ch/
Ceny w Da Vinci nie są wygórowane - przystawki kosztują od 8.50 do 24.80 CHF, pasty i risotto od 14.00 do 26.80 CHF (są dostępne w dwóch wielkościach porcji), ceny mięs dochodzą nawet do 44.80 CHF (za wołowinę), a pizze można kupić w cenach 19.80 do 27.80 CHF lub wersję Giganti za 52.80 CHF.

http://www.ristorantedavinci.ch/
Miła Pani przynosi pizzę i życzy nam smacznego. Na pierwszy rzut oka mój wybór nie wygląda zachęcająco, ale to pewnie przez brak czegoś zielonego, co zawsze dodaje świeżości i lekkości potrawom. Pierwszy kęs i pozytywne odczucia - ciasto jest domowe, bardzo dobre i czuć, że było wypiekane w piecu, a nie w z zwykłym piekarniku. Kurczak jest smaczny, ale smakuje jakby był ugotowany a nie smażony, jedynym minusem okazuje się ananas, który jest nieco pozbawiony koloru i wyraźnego smaku. Brakowało mi również oliwy, którą zwykle dostaję w pizzeriach i którą mogłabym polać moją pizzę. Lubię czasem dodać coś ostrego dla smaku.

http://www.ristorantedavinci.ch/
Przed wyjściem odwiedziłyśmy jeszcze toaletę, aby umyć ręce i poprawić lekko makijaż. I tu pojawił się kolejny, być może dla niektórych błahy, minus - w damskiej toalecie znajdują się dwie umywalki, ale tylko jeden dozownik na mydło, w dodatku przytwierdzony do bocznej ściany, przez co jedna z umywalek staje się bezużyteczna, no chyba, że ktoś preferuje mycie rąk samą wodą ;-P Przy trzech osobach, które się znają to nie problem, ale gdyby było nas tam więcej i każda z nas musiałaby czekać, aby dopchać się do dozownika to przyznam, że byłoby to kłopotliwe i irytujące. 

Wnętrze restauracji oraz potrawy możecie zobaczyć również w najnowszym vlogu na kanale AgnieszkaMP Vlog, w którym wystąpiły gościnnie Kaja oraz Magda w Szwajcarii :-)


Dzisiejsza recenzja wprowadzi nowy system oceniania takich miejsc na moim blogu. Chciałabym jeszcze lepiej pokazać Wam jakie mam wrażenia z danego miejsca, dlatego od dziś w każdym wpisie będącym recenzją restauracji będzie pojawiać się punktacja - od 1 do 5, przy czym 5 oznacza "kulinarne niebo", a 1 "kontener z odpadkami" :-) Postaram się w najbliższym czasie edytować poprzednie recenzje
 i dodać do nich oceny.


Lokalizacja: 5
Wnętrze: 5
Obsługa: 5
Jedzenie: 4 

Ocena ogólna: 4.75

Czy wybrałabym się tam jeszcze raz? TAK


piątek, 6 listopada 2015

PROZENTBUCH - czyli zniżki, zniżki i zniżki ;-)

Kto nie lubi zniżek i promocji? Chyba nie ma takiej osoby :-) Wiem, że miałam nie pisać przez jakiś czas (wspominałam na facebooku o problemach zdrowotnych), ale nie umiem tak siedzieć i patrzeć w sufit, poza tym dostałam dzisiaj przesyłkę i muszę Wam o niej napisać :-)


Od 4 lat, czyli od początku mojego pobytu w Szwajcarii regularnie kupuję Prozentbuch. Jest to książeczka zniżkowa - zawiera bony zniżkowe do restauracji, barów, na baseny, kręgle i mnóstwo innych atrakcji. Książeczka jest dostępna dla czterech miast, w różnych cenach:



Każda z nich jest również dostępna w dwóch wersjach - pocket oraz premium, które różnią się od siebie wielkością. Pierwsza, którą zamówiłam była premium, kolejne już pocket, gdyż są mniejsze i wygodniejsze do noszenia przy sobie, a w końcu nigdy nie wiem kiedy będę miała ochotę skoczyć na spontaniczny obiad czy na drinka z koleżanką ;-)

Bony są ważne od 1 listopada b.r. do 31. października roku następnego. Wnętrze jest podzielone na trzy kolory:

- czerwony oznacza gastronomię,
- niebieski oznacza życie nocne,
- zielony oznacza czas wolny,

Bony na drinki oraz restaurację działają na zasadzie 2 za cenę jednego - tańsze danie jest gratis. Jest to bardzo fajna opcja, gdy chcecie wypróbować droższe restauracje, ale pamiętajcie o tym, że napoje i przystawki nie są w cenie, więc warto rozważyć ile chcecie wydać na dane wyjście.

Stety i niestety miejsca często się powtarzają. Niestety dla tych, którzy lubią wciąż odkrywać coś nowego, a stety dla tych, którzy cenią sobie możliwość powrócenia do wypróbowanej knajpki. Poniższe dwa miejsca odwiedziłam wraz z poprzednią edycją książeczki i pisałam o nich na blogu.





Koszt książeczki zwraca się bardzo szybko, jestem pewna, że już po jednym lub dwóch wyjściach na kolację, albo inną atrakcję. Ponadto motywuje do częstszych wyjść, bo skoro już jest to czemu by nie iść znów na miasto? ;-) Dla ułatwienia na odwrocie każdego bona znajdziecie mapkę z zaznaczeniem, gdzie dane miejsce się znajduje.



Opowiadałam o tym w filmie "5 rzeczy, które umilą i ułatwią Wam życie w Szwajcarii", jeśli jeszcze go nie widzieliście to zachęcam do oglądania :-)





środa, 16 września 2015

Pot Belly`s - napełnij brzuch w amerykańskim stylu

Tak, lubię burgery. Tylko takie porządne, z dobrą wołowiną, świeżymi warzywami oraz prawdziwymi ziemniakami pokrojonymi na frytki wraz ze skórką... Głodni? ;) Mi na samą myśl cieknie ślinka! Pewnie dlatego po raz kolejny recenzuję burgera oraz to właśnie jego wybrałam na mój "cheat meal" aktualnej diety :)


Tym razem zabieram Was ponownie na obrzeża Zurychu. Wysiadamy na stacji Sood-Oberleimbach i jesteśmy na miejscu. Najlepiej wybierzcie się tam grupą, bo w tym lokalu nie można się nudzić. Czekają na Was stoły do bilarda i snookera, tarcze do rzutek no i naprawdę dobre jedzenie.

Lokal mieści się zaraz przy stacji pociągu i prócz dużej przestrzeni w środku posiada również przestronny taras, idealny do spedzania weekendowego wieczoru, gdy jest ciepło. Klimat jest dość amerykański a obsługa restauracji bardzo miła, pomocna i otwarta. 

W Pot Belly`s miałam okazję być kilkakrotnie. Za każdym razem decydowałam się na burgera i ani razu nie udało mi się go zjeść do końca! Porcje są naprawdę ogromne! W iście amerykańskim stylu ;) Są tak duże, że po wyjściu z lokalu czuję się jakbym wygladała jak pan z logo restauracji! 

http://www.potbellys.ch/
Do wyboru macie też aż 17 rodzajów burgerów! Wcześniej próbowałam Mexikan Burger, czyli kotleta podanego w bułce z warzywami, guacamole oraz salsą. Jest naprawdę smaczny i dzięki dodatkom można łudzić się, że "nawet zdrowy" ;) Tym razem zdecydowałam się na Mafioso Burger, w którym dodatkami były pomidory, mozzarella, cebula i pesto. Zestaw komponował się idealnie i również bardzo przapadł mi do gustu. Podobają mi się jeszcze inne propozycje, które muszę kiedyś wypróbować: Helvetic Burger (grzyby, ser Gruyere), 9-1-1 Fire! Burger (ser, ostra salsa, jalapenos, grzyby), French Way Burger (ser Brie, ogórki, majonez) oraz Shanghai Burger (kurczak, ananas, słodkie chilli). Oczywiście nie brakuje propozycji dla tych, którzy nie jedzą mięsa - w karcie widnieje też Homemade Vegi Burger :) Również wybór piwa jest zadowalający, ponieważ mamy do wyoru kilka rodzajów "piwa z kija".

U góry: Mafioso Burger
Na dole: Mexican Burger
Nie będę Wam pisać, że wszystko jest takie kolorowe. Podana bułka nie wygląda na pieczoną w restauracji, ale nie zmienia to faktu, że jest naprawdę w porządku i nie mam do niej zastrzeżeń. Kotlety mogą Was trochę zaskoczyć, nie są okrągłe, ale podłużne, przapominają kształtem piłkę do rugby ;) I, jak wspomniałam wcześniej, są naprawdę duże! Burgery zawsze są podane z naprawde dobrymi, grubo krojonymi i nie za bardzo tłustymi domowymi frytkami oraz surówką Colesław. 

Ceny burgerów wahają się od 19.90 CHF za totalnie klasyczną wersję do 33.90 CHF za potwora, który wszystko, łącznie z kotletem, ma podwójne ;) Najczęściej jednak cały zestaw kosztuje 23.90 CHF, więc jest to bardzo dobra cena. A uwierzcie mi na słowo, wyjdzecie stamtąd zadowoleni ze smaku i okrągli jak trzmiele z przejedzenia ;)

Oprócz burgerów restauracja serwuje wiele innych potraw: od sałatek, przez spaghetti do azjatyckich wynalazków. 

Do Pot Belly`s wybiorę się zapewne jeszcze nie raz i Was rownież zachęcam do wypróbowania tego miejsca, gdy będziecie w okolicy Zurychu :) Smacznego i bawcie się dobrze!


piątek, 11 września 2015

Festiwal Kultur w Adliswil | relacja!

Całkiem niedawno udało mi się wybrać na Festiwal Kultur, który odbywa się co roku w miasteczku Adliswil, pod Zurychem. Dowiedziałam się o nim w ostatnim momencie, jednak bliskość tego wydarzenia sprawiła, że bez wahania spakowałam portfel i telefon, i wybrałam się poznawać nowe :-)


Na festiwalu można było spróbować smakowitości z różnych krajów, między innymi Palestyny, Erytrei, Togo, Japonii, Turcji czy Potrugalii. Wszystkie potrawy na stoiskach kosztowały zaledwie 5.00 CHF i były dość niewielkie. Chodziło o to, aby jak najwięcej spróbować, mieć na to miejsce w brzuchu i nie stracić przy tym połowy wypłaty ;-)  Do tego małego ulicznego festiwalu jedzenia przygrywała muzyka, na scenie pojawiały się zespoły taneczne z prezentowanych krajów oraz muzycy, dzięki czemu dużo bardziej mogliśmy poczuć ten nieco egzotyczny klimat całego wydarzenia. Nie zabrakło oczywiście namiotu z piwem oraz stoiska szwajcarskiego, ku uciesze tych, którzy boją się nowości i wolą pozostać przy dobrzej znanej im kiełbasie z bułką.


Festiwal rozpoczęliśmy spróbowaniem tradycyjnych dań z Erytrei oraz ze Sri Lanki. Erytrea zaskoczyła nas dziwnym, kwaśnym naleśnikiem, który o dziwo bardzo fajnie komponował się z mięsem i warzywami (na zdjęciu powyżej). Ja zdecydowałam się na curry ze Sri Lanki, które bardzo mi smakowało. Mimo niezachęcającego wyglądu było naprawdę fajnie doprawione i dość ostre. Przekonał mnie do niego mały chłopiec, który zachęcał do spróbowania specjałów z tego stoiska i mówił, że to będzie na pewno najlepsze curry jakie jadłam ;-) Zobaczycie je w poniższym filmie:


Z zainteresowaniem oglądałam wszystkie występy. Jedne były bardziej udane, inne nieco dziwne, ale na pewno wszystkie były ciekawe a ludzie otwarci i szczęśliwi, że mogą pokazać kawałek swojej kultury.

Przyznam, że zabrakło mi tam stoiska z polską kuchnią oraz zespołu ludowego na scenie, a przecież mamy w Szwajcarii przedstawicieli naszej, ludowej kultury, dlatego już teraz apeluję do zespołu Lasowiacy - zorganizujmy Wasz występ w przyszłym roku! Pokażmy innym jak ciekawą mamy kulturę w Polsce! :-)

Po występach przyszedł czas na próbowanie kolejnych rzeczy - tym razem postawiliśmy na kuchnię chińską, z restauracji, która mieści się w Adliswil i przyznam szczerze, że nigdy nie zachęcała mnie do odwiedzin swoim wyglądem. Tutaj miłe zaskoczenie! Sajgonki były naprawdę dobre, a prażynki krewetkowe fajnie komponowały się z piwem ;-) Wróciliśmy też pod daszek Erytrei i spróbowaliśmy samosy w ich wykonaniu - wszystko było smaczne i tylko narobiło nam apetytu na więcej, ale na to trzeba było poczekać do kolacji :-)

Jako, że najbardziej zachwycił mnie występ panów z Palestyny to zaraz po nim chciałam spróbować palestyńskiej kuchni. I tu nastąpiło największe rozczarowanie! Kwaśna surówka, której składu nie umiałam zidentyfikować, pieczony pierożek z wątróbką, której nie znoszę a na koniec przesycone tłuszczem ciastko z anyżem ;-)


Zanim udaliśmy się do domu postanowiliśmy zrobić małe zakupy. Kupiliśmy kilka świeżych ciast oraz innych produktów. Co dokładnie wybraliśmy, możecie zobaczyć w poniższym filmiku nagranym tuż po powrocie do domu. Powiem Wam, że żałuję, że nie spróbowałam tego japońskiego, różowego ciastka przed kamerą! Moja mina i łzy w oczach były podobno powalające ;-) Brr na samo wspomnienie mam mdłości... ;-)


Jeżeli będziecie mieli okazję wybrać się na takie wydarzenie to nawet się nie zastanawiajcie! Przemiła atmosfera, dobre jedzenie i ciekawe występy wielu z Was przypadną do gustu :-)

czwartek, 13 sierpnia 2015

Pizzeria Capri - raj dla miłośników prawdziwej, włoskiej pizzy

Bliziutko Zurychu, bo zaledwie 15 minut pociągiem (S4 | kierunek Sihlwald | stacja Adliswil) od dworca głównego znajduje się małe miasteczko o nazwie Adliswil. Część z Was może kojarzyć to miejsce, ponieważ to właśnie stąd można wybrać się kolejką linową na szczyt Felsenegg a pisała o tym na blogu Ania, o TUTAJ. Jeśli któregoś dnia wybierzecie się tu na wycieczkę to nie zapomnijcie wpaść na obiad o pizzerii Capri.


W Adliswil mieszka bardzo dużo Włochów i to pewnie stąd sporo pizzerii, i specyficzny klimat tego miasteczka. Co ciekawe, Capri nie jest prowadzona przez Włocha, ale pizzę przygotowują i pieką Włosi, więc jest na naprawdę dobrym poziomie.

Byłam w tym miejscu już kilkakrotnie i to nie tylko dlatego, że mieszkam niedaleko ;-) Pizza jest tu naprawdę dobra, a jeśli macie ochotę na zupę czy makaron to też możecie być pewni, że będą świeże i smaczne.

Pizzeria z zewnątrz wygląda dość niepozornie. Położona w centrum miasteczka, tuż obok sklepu prowadzonego przez uprzejmego Hindusa, solarium i sklepiku z artykułami dla zwierząt nie zachęca do wejścia i wydaje się nieciekawa. Ot, jak dziesiątki innych restauracji. Dopiero po przekroczeniu progu, gdy dotrą do nas wspaniałe zapachy wydobywające się z kuchni nabieramy większego apetytu. 


Do wyboru mamy aż 26 rodzajów pizzy, w tym specjalność szefa kuchni - pizzę Adliswil :-) Tutejsza pizza nie ma tradycyjnego, okrągłego kształtu, tylko jest owalna. Składniki są zawsze świeże a ich ilość idealna - nie spotkacie tu trzech plasterków papryki i jednego pomidorka koktajlowego na swojej pizzy, ale też szef kuchni nie wysypie Wam całego słoiczka kaparów ;-) Ja mogę Wam polecić pizzę z mascarpone i pesto, którą jadłam tak dwukrotnie i za każdym razem była pyszna. Niestety nie widzę jej w karcie na stronie, ale myślę że w lokalu będzie nadal dostępna, więc pytajcie śmiało o to oryginalne połączenie. 


W rankingu na stronie Trip Advisor pizzeria Capri zajmuje całkiem niezłe piąte miejsce na piętnaście restauracji w miasteczku. Wystarczy przeczytać komentarze, aby zobaczyć, że większość ludzi zachwala pizzę pisząc, że nie zamawia tu innego jedzenia nie dlatego, że jest złe, ale dlatego, że pizza jest tu "suuuper dobra" ;-) Ceny w pizzerii nie odbiegają od tych w innych miejscach tego typu. Duży plus od wszystkich odwiedzających to miejsca ma obsługa lokalu. Zawsze na wysokim poziomie i świetnie przygotowana. 

Pizzeria Capri to idealne miejsce dla fanów włoskiego jedzenia. Można tu poczuć klimat tego kraju i naprawdę dobrze zjeść. Dodam, że porcje są tak duże, że zadowolą nawet największych głodomorów :-)

Oficjalna strona pizzerii TUTAJ


poniedziałek, 13 lipca 2015

Ban Song Thai - nie tylko dla fanów ostrej kuchni.

Lubicie ostre jedzenie? Ja lubię bardzo... O ile nie jest za ostre ;) Korzystając z ciepłego, piątkowego wieczoru wybraliśmy się na mały spacer po Zurychu i na kolację. Wybór padł na tajską restaurację, ktorą polecił nam znajomy mówiąc, że to najlepsza restauracja w całym Zurychu. 


Ban Song Thai znajduje się dość blisko dworca głownego i dosłownie kilka krokow od rzeki Limmat. Restauracja jest schowana w jednej z wąskich uliczek i już z daleka kusi pieknymi zapachami. Wystrój jest bardzo schludny i wydaje się dośc prosty, nawet pomimo kilku mocno ozdobnych, azjatyckich elementów. To, co rozczuliło mnie najbardziej to fakt, że wszystko miało ten sam wzór od kompletu, idealnie! Nawet wazony na kwiaty pięknie pasowały do talerzy ;) Dużym plusem jest również fakt, że restauracja jest prowadzona przez tajską rodzinę.


W karcie jest naprawdę duży wybór, od łagodnych potraw do piekielnie ostrych dla wytrwałych zawodnikow ;) Przyznam się, że trudno było mi się zdecydować, ale w końcu wybrałam Czerwone Curry z kaczką i ananasem (oraz 2 papryczkami) a mój partner pokusił się o jeszcze ostrzejsze (z 3 papryczkami) Zielone Curry z rybą. Danie podano nam z ryżem. Do tego zamówiliśmy jasne, tajskie piwo Singha, które schłodzone i słodkie dobrze komponowało mi się z posiłkiem. Ryż był ugotowany idealnie, kaczka aż rozpływała się w ustach a słodycz ananasa i mleka kokosowego dodawała charakteru wybranej przeze mnie potrawie. 

GREEN CURRY z rybą
Miłym zaskoczeniem był pan kelner, który w połowie posiłku przyszedł do nas proponując dokładkę ryżu. Dla nas byłoby to za dużo, ale jeśli ktoś z Was lubi naprawdę dużo zjęśc to tutaj się nie zawiedzie. Muszę też przyznać, że cała załoga w restauracji była bardzo uprzejma i kompetentna a przy tym wyluzowana i sypiąca żartami jak z rękawa ;) 


Ceny za oferowaną jakośc są w sam raz - sałatki kupicie do 20 CHF a pozostałe dania znajdziecie w granicach 20-45 CHF. TUTAJ możecie zobaczć całe menu.

Myślę, że restauracja Ban Song Thai to świetna propozycja nie tylko dla mieszaknców Zurychu, ale też dla tych, którzy wpadli tylko na chwilę, zwiedzić to miasto. Położenie w samym centrum, zaraz przy drodze z dworca nad jezioro sprawia, że nie warto szukać czegoś innego, skoro można tak dobrze i dużo (dla głodomorków) zjeść tak blisko.

Oficjalna strona restauracji BAN SONG THAI

A jeśli nie jesteście bardzo głodni to możecie wybrać się na meksykańskie przekąski do El Luchador, o którym pisałam Wam już TUTAJ :)


niedziela, 24 maja 2015

VEGANA 2015 - relacja

Z niecierpliwością czekałam na wegański festiwal w Sihlcity, w Zurychu. Uwielbiam wegańską i wegetariańską kuchnię, naturalne kosmetyki i próbowanie nowych, interesujących rzeczy, dlatego z radością wybrałam się na tę imprezę z koleżanką. 


Festiwal trwał dwa dni i odbywał się w terminie 22 i 23 maja b.r. Jak się okazało na miejscu, była to bardzo kameralna impreza. Stoiska zdołałyśmy obejść w jakieś 15 minut i tak naprawdę tylko kilka zasługiwało na to, by zatrzymać się na dłuższą chwilę. Bardzo podobały mi się naturalne mydła, szampony i inne kosmetyki, które kusiły nie tylko pięknym wyglądem, ale i cudownym zapachem owoców i kwiatów. Świeże soki, kilka stoisk, w których można było spróbować naturalnej "chaitee" a nawet coś dla miłośników wina i cydrów.




Problemem okazało się wybranie czegoś dobrego, co mogłybyśmy zjeść w ramach obiadu. Spotkało mnie niemiłe zaskoczenie, gdyż znam trochę kuchnię wegańską i wiem, że z samych warzyw można robić cuda... A organizatorzy postawili na... Wege kebaby oraz inne potrawy, które zrobione były na wzór naszych mięsnych fastfoodów. Były też kanapki oraz naleśniki, które jak się okazało drugiego dnia trwania festiwalu, w pierwszym dniu NIE były WEGAŃSKIE. Wielka wtopa, która mam nadzieję, że się więcej nie powtórzy! 

Vish & Chips
Chickin & Chips
Zdecydowałyśmy się na dania o podstępnych nazwach "Vish & Chips" oraz "Chickin & Chips" a do tego wegański majonez, który smakował jak biały, gęsty ocet ;) dania same w sobie nie były złe, ale jak to fastfoody ociekały tłuszczem. Cieszę się, że spróbowałam czegoś nowego, ale teraz wiem, że następnym razem zdecyduję się na zwykłą kanapkę ;)


Nie zabrakło smakołyków dla miłośników słodkości. Ciasta, ciasteczka a nawet wegańskie lody znalazły wielu entuzjastów. Ja słodyczy nie lubię, więc nie zdecydowałam się spróbować. Kupiłam za to na spróbowanie portugalskie wino oraz wiśniowy i śliwkowy cydr :)



Zwiedzanie stoisk umilali gościom panowie prezentujący siłę i mięśnie jakie można wyhodować na warzywkach i wegańskiej diecie ;)


Niestety tegoroczna edycja VEGANY mnie trochę zawiodła. Nie chodzi tu o wielkość festiwalu, ani o ludzi, bo Ci były przemili, ale zwyczajnie o niezbyt dobrze ogarniętą organizację oraz jakość prezentowanych na stoiskach produktów. Mam świadomość, że wegańskie nie znaczy zdrowe, ale mimo to spodziewałam się czegoś ciekawszego niż kebs i wege bułka ;) Z pewnością będę śledzić kolejne edycje a tymczasem odliczam dni do większego Street Food Festivalu, który już za kilka dni obędzie się w Zurychu :)

Oficjalna strona festiwalu VEGANA

Więcej zdjęć znajdziecie TUTAJ

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

#KULTURA JEDZENIA - El Luchador, mały Meksyk w Zurychu.

Dzisiaj przychodzę do Was z nowym artykułem z serii Kultura jedzenia. W weekend wybrałam się wypróbować meksykańskie przekąski w El Luchador, czy było warto? :)

EL LUCHADOR

Mała meksykańska knajpka mieszcząca się przy Konradstrasse 69 w Zurychu. Bardzo blisko dworca głównego, choć w niezbyt ciekawej dzielnicy. Teraz już wiem, że planując piwo czy kolację w tym miejscu najlepiej jest dokonać rezerwacji. Udało nam się zdobyć ostatni niezarezerwowany stolik, na wszystkich innych widniały karteczki z nazwiskami i godzinami przybycia planowanych gości. My wybraliśmy się zdecydowanie za wcześnie. Większość rezerwacji była ustalona na 18:00 - 19:00, jak się okazało słusznie, ponieważ w sobotę pracownicy otwierali kuchnię i przyjmowali zamówienia dopiero chwilę przed 18:00.


WYSTRÓJ I KLIMAT

Wraz z otwarciem kuchni zmienia się klimat tego miejsca. Muzyka zmienia się ze starego rocka w meksykańskie i hiszpańskie piosenki a lokal wypełnia zapach jedzenia i piwa. Wystrój jest bardzo klimatyczny i mocno nawiązuje do nazwy - El Luchador czyli zawodnik, w tym przypadku zawodnik wrestlingu, który jest widoczny na każdej ścianie. Na jednej nawet jest ponumerowana historia, aby było nam łatwiej ją zrozumieć. Stoliki i krzesła wiele już mają za sobą. Wyglądają, skrzypią i chwieją się jakby ktoś dzień wcześniej przyniósł je tu z Brocki, ale dzięki temu klimat jest jeszcze lepszy :)


JEDZENIE

Ceny są bardzo przystępne, od 7 CHF za zupę do 35 CHF za talerz pełen Tacos. Ja wybrałam Tacos Marineros, czyli 2 małe tortille kukurydziane z krewetkami i rybą a mój partner zdecydował się na Tacos de Chorizo, które nie miały w sobie ostrych kiełbasek (jak się spodziewaliśmy), tylko mielone mięso. Do tego dostaliśmy dodatki - pomidory pokrojone w kostkę, pietruszkę z cebulą oraz 2 pikantne sosy. 

Tacos Marineros

Tacos de Chorizo
Jako przystawkę zamówiliśmy Guacamole con nachos i tutaj była mała niespodzianka. Guacamole smakowało zupełnie inaczej niż takie, które jadłam wielokrotnie wcześniej i które sama robię. Było bardzo łagodne i miało naprawdę duże kawałki awokado i pomidorów. Było inne, ale naprawdę mi smakowało.

Guacamole con nachos
Jako dodatek wybraliśmy meksykańskie piwo i wino. Wino czerwone było tylko w jednym rodzaju, więc nie miałam możliwości wyboru ;) Nie było zbyt dobre, ale złe też nie.  Myślę, że do mojego Tacos lepszym wyborem byłoby białe wino a najlepiej po prostu piwo, ale wpadłam na to już podczas jedzenia ;)


CZY WARTO?

Na pewno tak! Ceny w porządku, jedzenie dobre a przede wszystkim świeże a do tego miła atmosfera. Myślę, że El Luchador to świetne miejsce, do którego watro wybrać się na przekąskę i piwo ze znajomymi, albo zabrać znajomych z Polski, gdy przyjadą do Was w odwiedziny :) Jest stąd blisko do wielu innych, fajnych miejsc w Zurychu, więc można też tu zajrzeć i zjeść coś dobrego przed imprezą.

Więcej informacji o El Luchador znajdziecie na ich oficjalnej stronie Tam też znajdziecie godziny otwarcia i całe Menu. Smacznego! :)

poniedziałek, 9 marca 2015

#KULTURA JEDZENIA - ziemniaki w bułce, czyli burger po szwajcarsku w "Imagine", w Zurychu

Idąc na kolację do Imagine nie miałam w planach pisać dla Was recenzji z tego miejsca. Może dlatego, że byłam tam już wcześniej i nie wydawało mi się to na tyle ciekawe miejsce a może dlatego, że zwyczajnie byłam zmęczona i nie chciało mi się robić zdjęć ani myśleć ;) Po otrzymaniu zamówionego dania zmieniłam zdanie! Burger, którego wybrałam tak mnie rozbawił, że uznałam, że to w sumie świetny temat na krótki wpis. Jest to także idealna okazja do rozpoczęcia nowego cyklu na blogu - KULTURA JEDZENIA :)

Szwajcarzy uwielbiają wszystko co szwajcarskie. Nic więc dziwnego w tym, że do wielu potraw z innych krajów dodają coś od siebie. Zimą bardzo często możemy spotkać się z serem raclette wepchniętym niemal wszędzie, nawet w burgery w McDonalds. Zdarzyło mi się próbować też pizzy z Roesti... Czyli z ziemniakami na sosie i serze wśród reszty typowo pizzowych dodatków. Tym razem trafiłam na podobne danie właśnie w Imagine.

W Zurychu znajdziecie dwie restauracje Imagine, jedna mieści się w hali głównej dworca kolejowego, a druga w centrum handlowym Sihlcity. Specjalizują się w burgerach, stekach, sałatkach i tostowych kanapkach. Restauracja na dworcu jest bardzo duża, przestronna, z wysokim sufitem i zdobionymi filarami, natomiast wnętrze w Sihlcity jest mniejsze i bardziej nowoczesne.

"Imagine" na dworcu głównym w Zurychu / zdjęcie pobrałam ze strony http://candriancatering.ch/wp_imagine/meetings-events/
"Imagine" w Sihcity / zdjęcie pobrałam ze strony http://candriancatering.ch/wp_imagine/meetings-events/
Podczas jednej z poprzednich wizyt miałam okazję jeść wegetariańskiego burgera w Imagine w Sihlcity i mówiąc szczerze był to najgorszy wege burger jakiego kiedykolwiek jadłam... Za kotleta służył wielki grzyb a dodatkami były grillowane warzywa, w których przeważał bakłażan. Innym razem również w Sihlcity próbowałam kanapki z kurczakiem i była pyszna! 

Tym razem wybraliśmy się na dworzec główny. Musicie wiedzieć, że do niedawna nie jadałam burgerów a ten, na który skusiłam się w ten weekend był moim drugim, prawdziwym, wołowym kotletem w bułce. Po przejrzeniu karty zdecydowałam się na ten wyjątkowy, który pewnie niedługo zniknie z karty - Carver. "Domowej roboty" burger wołowy z roesti, pomidorkami koktajlowymi oraz serem raclette, zredukowany na grzanym winie. Nie wiedziałam jak ta potrawa będzie podana. Coś podpowiadało mi, że znów dostanę ziemniaki w bułce, ale zastanawiałam się, czy może to jakaś mniej szalona wersja i po prostu dostanę kotleta na ziemniakach ;) Szwajcarzy mnie nie zawiedli. Trochę żałuję, że nie wzięłam aparatu, bo ukazałabym Wam to danie w lepszej jakości:

"Carver" z frytkami 

Wyżej wspomniałam, że nie mam doświadczenia w takich potrawach, dlatego ciężko mi powiedzieć czy coś było nie tak, czy może po prostu źle wybrałam, ponieważ kotlet w wersji well done, którego zamówiłam był zdecydowanie za suchy, ale już wiem, że następnym razem zamówię medium. Poza tym wszystko było w porządku - ciepła, grillowana bułka, 2 przekrojone na pół koktajlowe pomidorki, no i ziemniaki. Taki zestaw jaki widzicie na zdjęciu kosztuje 32 CHF., w tym 26 CHF na burgera i 6 CHF za frytki. Do zestawu dostałam ciemny sos, który miał był cebulowym sosem do raclette, ale nie smakował zbyt mocno cebulą, co ja uznaję za plus. Warto dodać, że mimo, iż na zdjęciu całość wydaje się ogromną porcją to wcale tak nie było. Spójrzcie na koktajlowe pomidorki i porównajcie je do całości. Porcja była wręcz idealna, nasyciła mnie na bardzo długo i na szczęście nie miałam po niej w żołądku uczucia przejedzenia, a w głowie myśli, że zaraz zejdę z tego świata ;) 

Mój partner był bardzo zadowolony ze swojego wyboru, zdecydował się na burgera "Imagine". Stwierdził, że nie był to najlepszy burger jakiego jadł w życiu, ale był bardzo dobry. Ja pewnie nieprędko przekonam się jak smakują inne wersje, bo nieczęsto zdarza nam się chodzić na takie potrawy, ale jestem przekonana, że wrócę jeszcze do Imagine. 



Rezerwacje (moim zdaniem zbędne, gdyż zwykle nie ma tłumów)

Pamiętajcie o polubieniu strony Kultura po szwajcarsku na facebooku, aby nie przegapić informacji o ciekawych wydarzeniach i miejscach w Szwajcarii :)


OBEJRZYJ KONIECZNIE! :-)

Przeczytaj również: