Pokazywanie postów oznaczonych etykietą restauracja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą restauracja. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 sierpnia 2016

Restaurant Seerose - randka na jeziorze Zuryskim

Po dłuższym pobycie w Polsce i nadrabianiu zaległości po powrocie mogę w końcu usiąść i napisać Wam jakie ciekawe miejsca odwiedziłam w ostatnim czasie w Szwajcarii. Zdecydowałam zacząć od miejsca wyjątkowego, w którym możecie naprawdę smacznie zjeść, bo wiem, że recenzje restauracji są jednymi z waszych ulubionych na blogu :-)

Restauracja Seerose mieści się w zuryskiej dzielnicy Wollishofen i jest położona nad samym jeziorem Zuryskim. Siedząc przy stoliku umieszczonym na zewnątrz można podziwiać przepływające motorówki, prywatne łodzie, panoramę Zurychu, a przy dobrej pogodzie również Alpy. Świeża, śródziemnomorska kuchnia i piękne widoki sprawią, że poczujemy się jak na wakacjach w Monako albo Saint-Tropez - tak zapewniają nas na stronie właściciele lokalu ;-)

Zdjęcie: http://seerose.dinning.ch/
Trafiliśmy tam przypadkiem, kiedy wybraliśmy się na niedzielny spacer. Opinie znajomych nie zachęcały, ale wszystko inne w okolicy było zamknięte, więc postanowiliśmy zaryzykować. Dostaliśmy stolik przy samym brzegu jeziora i zamówiliśmy obiad. Stoliki były pełne, więc zapewne lepiej zrobić rezerwację wcześniej, bo nie każdy może mieć takie szczęście jak my i wślizgnąć się bez wcześniejszego zarezerwowania miejsc. 


Wbrew pozorom złożenie zamówienia nie było proste, bo... karta była napisana "odręcznie" (TUTAJ). Wybrałam baranie żeberka podane z grillowanymi warzywami, tabbouleh oraz jogurtem z miętą. Na zamówione dania trzeba było trochę poczekać, ale zdecydowanie było warto! Porcja była bardzo wyważona, nie za duża. Warzywa były świeże, mięso wręcz rozpływało się w ustach, a tabbouleh zdecydowanie najlepsza jaką dotychczas jadłam!


Pozostało więc pytanie skąd negatywne opinie? Miejsce piękne, obsługa bardzo miła, jedzenie na wysokim poziomie... Wtedy przyszedł czas na rachunek :-) Niestety restauracja Seerose nie należy do najtańszych, ani nawet tych ze średniej, zuryskiej półki. Ceny były dość wysokie (co można zauważyć już w karcie), ale zdecydowanie warto się tam czasami wybrać. 

Lokalizacja: 5
Wnętrze: 5
Obsługa: 5
Jedzenie: 5
Ceny: 4

Ocena ogólna: 4.8

Czy wybrałabym się tam jeszcze raz? TAK

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Chez Nhan - obiadek jak u wietnamskiej mamy

Ci, którzy śledzą fanpage mojego bloga, wiedzą, że wyzwanie muzealne będzie miało małe opóźnienie. Niemniej jednak niebawem posty zaczną się ukazywać regularnie - 5 muzeów i 5 piątków. Tymczasem zapraszam Was do azjatyckiej kuchni jak u wietnamskiej mamy. Dlaczego mamy? O tym przekonacie się czytając poniższą recenzję :-)

Wybór Chez Nhan nie był przypadkowy. Znajomi polecili nam tę restaurację, a menu na stronie tylko bardziej zachęciło mnie do odwiedzenia tego miejsca. Restauracja mieści się w dzielnicy Wiedikon, w Zurychu. Z zewnątrz niepozorna, w środku wita nas ciepłym wnętrzem. Największe wrażenie zrobił na mnie mały dziedziniec, na którym można usiąść w cieplejsze dni. Bardzo klimatyczny z mnóstwem zieleni. Niestety ten dzień należał bardziej do jesiennych i kompletnie nie zapowiadał zbliżającej się ciepłej wiosny, więc zdecydowaliśmy się na stolik w środku.


Chez Nhan to restauracja rodzinna prowadzona przez Nhan Marbacher-Vo i jej córkę Sabrine Phuong-Thi. Restauracja została otwarta ponad 15 lat temu i od tego czasu zachwyca świeżymi potrawami, bez zbędnych polepszaczy i, jak twierdzi sama właścicielka, z przepisów mam i babć, które tak własnie gotowały w Sajgonie. 


Na kolację wybraliśmy się we troje (ja, Paweł i Gosia z kanału fitblogerka) i zdecydowaliśmy, że każde z nas zamówi jedną przystawkę, którymi się podzielimy, abyśmy mogli spróbować czegoś więcej. Tym sposobem na stole pojawiły się 3 kawałki kurczaka na patyku, podane z sosem z orzechów ziemnych, sajgonki oraz świeże pierożki z krewetkami i sosem słodko-kwaśnym, które w mojej ocenie były najlepsze i z pewnością byłyby idealnym głównym daniem (jest opcja zamówienia 8 sztuk). Sajgonki były dość mocno usmażone, ale w smaku w ogóle nie było tego czuć. Były chrupiące i miały bardzo dobre, miękkie nadzienie. Kurczak z sosem z orzechów ziemnych również smakował świetnie i myślę, że jest idealną przystawką, ale jako danie główne by się nie sprawdził, bo jednak wraz z sosem był dość tłusty.




Zaraz po przystawkach na naszym stole pojawiły się dania główne. Gosia wybrała tradycyjną, wietnamską zupę PHO SAIGON, która jest podawana z talerzem kiełków sojowym z dwoma sosami - łagodnym i ostrym. Do wyboru było kilka rodzajów dodatków, Gosia zdecydowała się na wołowinę. Przyznam, że zupa była bardzo dobra, smakowała trochę jak nasz polski rosół, jednak mięso, makaron ryżowy i azjatyckie przyprawy dodały jej mocnego charakteru. 


Paweł zdecydował się na wołowinę, która okazała się bardzo miękka i dobrze przyprawiona. A przyznam szczerze, że zastanawialiśmy się czy nie będzie zbyt twarda. Świetne danie dla miłosników mięsa i smażonej cebuli, bo tej było bardzo dużo :-) Dodatkiem był ryż.


Ja zamówiłam coś oryginalnego, pokusiłam się o CANH CHUA - słodko-kwaśną zupę z tamaryndowca, z dodatkiem świeżych warzyw, ananasa i ryżu, który miałam podany w osobnej miseczce. I tak jak w przypadku pierwszej zupy, miałam do wyboru dodatek - kurczaka, rybę lub krewetki. Jak można się po mnie spodziewać w misce pływały wielkie robale ;-) Zupa okazała się zaskakująco dobra, chociaż przyznam, że na początku ilość połączonych ze sobą smaków trochę mnie przerosła. Świeża mięta, ostra papryka, seler naciowy i ananas, te smaki zdecydowanie dominowały. 


Do picia wybrałyśmy domową, mrożona herbatę, która była bardzo smaczna, ale za słodka i dopiero dolanie wody sprawiło, że smak był taki jak trzeba. Paweł spróbował wietnamskiego piwa, które smakowało w zasadzie nijak ;-)


W końcu przechodzimy do akcentu z obiadkiem jak u mamy. Zupa okazała się tak duża, że nie dałam rady jej zjeść. Właścicielka zapytała mnie czy zapakować mi resztę na wynos, żebym mogła odgrzać ją w domu i zjeść. Grzecznie odmówiłam, a wtedy pani postanowiła przekonać mnie, żebym jednak ją zabrała i powiedziała, że ta zupa jest taka zdrowa i dobra, że szkoda, aż tyle wylewać i że może jednak zgodzę się, żeby mi ją zapakowała. I tym sposobem wyszłam z restauracji z dużym uśmiechem i zupą w wielkim kubku :)


Ocena restauracji:


Lokalizacja:  (dojazd z centrum jest bardzo łatwy)
Wnętrze: 5 
Obsługa: 5  (dałabym więcej, ale brakuje skali :-) )
Jedzenie: 5 

Ocena ogólna: 5.00

Czy wybrałabym się tam jeszcze raz? TAK

piątek, 12 lutego 2016

Tiffins - mała Azja w Zurychu

Dano nie serwowałam Wam recenzji restauracji, dlatego też postanowiłam się zrehabilitować i napisać o miejscu, które zauroczyło mnie w ostatnim czasie. Zupełnie przypadkiem wybrałam się do Tiffins. Wraz z koleżanką szukałyśmy wegetariańskiej knajpki w okolicach Stadelhofen i tak szłyśmy i szłyśmy... I poniosło nas dobre 15 minut dalej, gdzie pojawiła nam się restauracja z wielkimi szybami, za którymi siedziało mnóstwo uśmiechniętych ludzi. Wzięłyśmy to za dobry omen i zdecydowałyśmy się spróbować, tym bardziej, że obydwie bardzo lubimy azjatycką kuchnię.


Większość miejsc była zajęta, ale kelner zdołał znaleźć nam miejsca przy długim, wspólnym stole. Podał kartę i zaproponował coś do picia. Już od wejścia restauracja zrobiła na mnie dobre wrażenie - kuchnia była otwarta, kucharze pracowali szybko, ale dokładnie, a przy tym śmiali się i żartowali. Tak myślę, bo nie rozumiałam kompletnie nic zważywszy, że wszyscy byli Azjatami ;-)



Wybór w karcie było bardzo duży, co zwykle przysparza mi kłopotu, bo wtedy najchętniej zjadłabym wszystko. Koleżanka poleciła mi spróbować Pad Thai, czyli smażony ryżowy makaron z jajkiem, warzywami oraz orzeszkami ziemnymi, wybrałam wersję podaną z krewetkami. 


Dania podano nam równocześnie (co, uwierzcie mi czasami się nie zdarza...) i zachwyciły mnie kompozycją (a raczej bałaganem ;-)) i klimatycznymi, zielonymi talerzami. Dużym plusem było to, że orzeszki były podane z boku, dzięki czemu to gość decydował ile chce ich dodać do makaronu. Warzywa były bardzo dobrze doprawione, makaron miękki, a krewetki nie gumowe, tylko właśnie takie, jakie powinny być. Jednym słowem - pycha! Porcja była dość duża, a cena, jak na Zurych bardzo przystępna, bo za takie danie policzyli 22.50 CHF. 


Podoba mi się opcja, którą znajdziecie na stronie internetowej restauracji - możliwość złożenia zamówienia online i odebrania swojego posiłku po drodze, gdy np. wracacie z pracy i nie macie ochoty gotować, a na siedzenie w restauracji nie macie siły ;-) Jedyne co dziwiło mnie w tej restauracji to to, że za każdym razem pojawiał się inny kelner - jeden przyniósł kartę, drugi przyjął zamówienie, trzeci proponował wino, a czwarty... Popsuł całe dobre wrażenie restauracji na odchodne mówiąc nam... Da swidania... ;-)

Lokalizacja: 5 (można sobie zrobić spacer znad jeziora)
Wnętrze: 5 
Obsługa: 5 
Jedzenie: 5 

Ocena ogólna: 5.00

Czy wybrałabym się tam jeszcze raz? TAK

czwartek, 19 listopada 2015

Ristorante Da Vinci - po włosku w Bernie!

Wiem, że sporo z Was lubi, gdy piszę swoje wrażenia z restauracji. Nic dziwnego, każdy lubi jeść, a dzięki moim kilku słowom może znajdziecie miejsce, które chcielibyście odwiedzić :-) Przyznam, że również bardzo lubię czytać recenzje restauracji, bo co jak co, ale jedzenie chyba nigdy mi się nie znudzi ;-)

Dzisiaj chciałabym opowiedzieć Wam o restauracji, pizzerii, pasterii Da Vinci, która znajduje się nieopodal Baerenplatz w Bernie. Poszłyśmy tam za namową Magdaleny i przyznam, że wybrała bardzo dobrze, i tak jak sama powiedziała jeszcze przed wejściem do tego miejsca - pizza tu nie jest może najlepsza, ale na pewno dobra :-)


Od wejścia wita nas miła obsługa i kieruje do stolika z bardzo ładnym widokiem na plac i Kaefigturm. Nad nami wisi reprodukcja obrazu Leonardo Da Vinci "Mona Lisa". To właśnie od jego nazwiska wywodzi się nazwa lokalu. Na stronie internetowej pizzerii możemy przeczytać historię tego artysty - malarz, rzeźbiarz, wynalazca, naukowiec, syn notariusza, od 14 roku życia uczeń znanego wówczas we Florencji malarza Verrocchio, przeżył 67 lat. Myślę jednak, że nikomu nie muszę go przedstawiać. 

Wnętrze restauracji jest przestronne, ciepło i elegancko urządzone. Obsługa krząta się po sali uśmiechając się do gości i delikatnie, nie nachalnie upewniając się czy wszystko jest w porządku. W końcu trafia do naszego stolika, a my, jak to trzy niezdecydowane kobiety po raz kolejny prosimy Panią, aby wróciła za chwilę, bo wciąż nie przeczytałyśmy całej karty, tak jest obszerna. W końcu wybór pada na pizzę, dwie hawajskie i jedną z gorgonzolą, a do tego piwo Gurten.

http://www.ristorantedavinci.ch/
Ceny w Da Vinci nie są wygórowane - przystawki kosztują od 8.50 do 24.80 CHF, pasty i risotto od 14.00 do 26.80 CHF (są dostępne w dwóch wielkościach porcji), ceny mięs dochodzą nawet do 44.80 CHF (za wołowinę), a pizze można kupić w cenach 19.80 do 27.80 CHF lub wersję Giganti za 52.80 CHF.

http://www.ristorantedavinci.ch/
Miła Pani przynosi pizzę i życzy nam smacznego. Na pierwszy rzut oka mój wybór nie wygląda zachęcająco, ale to pewnie przez brak czegoś zielonego, co zawsze dodaje świeżości i lekkości potrawom. Pierwszy kęs i pozytywne odczucia - ciasto jest domowe, bardzo dobre i czuć, że było wypiekane w piecu, a nie w z zwykłym piekarniku. Kurczak jest smaczny, ale smakuje jakby był ugotowany a nie smażony, jedynym minusem okazuje się ananas, który jest nieco pozbawiony koloru i wyraźnego smaku. Brakowało mi również oliwy, którą zwykle dostaję w pizzeriach i którą mogłabym polać moją pizzę. Lubię czasem dodać coś ostrego dla smaku.

http://www.ristorantedavinci.ch/
Przed wyjściem odwiedziłyśmy jeszcze toaletę, aby umyć ręce i poprawić lekko makijaż. I tu pojawił się kolejny, być może dla niektórych błahy, minus - w damskiej toalecie znajdują się dwie umywalki, ale tylko jeden dozownik na mydło, w dodatku przytwierdzony do bocznej ściany, przez co jedna z umywalek staje się bezużyteczna, no chyba, że ktoś preferuje mycie rąk samą wodą ;-P Przy trzech osobach, które się znają to nie problem, ale gdyby było nas tam więcej i każda z nas musiałaby czekać, aby dopchać się do dozownika to przyznam, że byłoby to kłopotliwe i irytujące. 

Wnętrze restauracji oraz potrawy możecie zobaczyć również w najnowszym vlogu na kanale AgnieszkaMP Vlog, w którym wystąpiły gościnnie Kaja oraz Magda w Szwajcarii :-)


Dzisiejsza recenzja wprowadzi nowy system oceniania takich miejsc na moim blogu. Chciałabym jeszcze lepiej pokazać Wam jakie mam wrażenia z danego miejsca, dlatego od dziś w każdym wpisie będącym recenzją restauracji będzie pojawiać się punktacja - od 1 do 5, przy czym 5 oznacza "kulinarne niebo", a 1 "kontener z odpadkami" :-) Postaram się w najbliższym czasie edytować poprzednie recenzje
 i dodać do nich oceny.


Lokalizacja: 5
Wnętrze: 5
Obsługa: 5
Jedzenie:

Ocena ogólna: 4.75

Czy wybrałabym się tam jeszcze raz? TAK


środa, 16 września 2015

Pot Belly`s - napełnij brzuch w amerykańskim stylu

Tak, lubię burgery. Tylko takie porządne, z dobrą wołowiną, świeżymi warzywami oraz prawdziwymi ziemniakami pokrojonymi na frytki wraz ze skórką... Głodni? ;) Mi na samą myśl cieknie ślinka! Pewnie dlatego po raz kolejny recenzuję burgera oraz to właśnie jego wybrałam na mój "cheat meal" aktualnej diety :)


Tym razem zabieram Was ponownie na obrzeża Zurychu. Wysiadamy na stacji Sood-Oberleimbach i jesteśmy na miejscu. Najlepiej wybierzcie się tam grupą, bo w tym lokalu nie można się nudzić. Czekają na Was stoły do bilarda i snookera, tarcze do rzutek no i naprawdę dobre jedzenie.

Lokal mieści się zaraz przy stacji pociągu i prócz dużej przestrzeni w środku posiada również przestronny taras, idealny do spedzania weekendowego wieczoru, gdy jest ciepło. Klimat jest dość amerykański a obsługa restauracji bardzo miła, pomocna i otwarta. 

W Pot Belly`s miałam okazję być kilkakrotnie. Za każdym razem decydowałam się na burgera i ani razu nie udało mi się go zjeść do końca! Porcje są naprawdę ogromne! W iście amerykańskim stylu ;) Są tak duże, że po wyjściu z lokalu czuję się jakbym wygladała jak pan z logo restauracji! 

http://www.potbellys.ch/
Do wyboru macie też aż 17 rodzajów burgerów! Wcześniej próbowałam Mexikan Burger, czyli kotleta podanego w bułce z warzywami, guacamole oraz salsą. Jest naprawdę smaczny i dzięki dodatkom można łudzić się, że "nawet zdrowy" ;) Tym razem zdecydowałam się na Mafioso Burger, w którym dodatkami były pomidory, mozzarella, cebula i pesto. Zestaw komponował się idealnie i również bardzo przapadł mi do gustu. Podobają mi się jeszcze inne propozycje, które muszę kiedyś wypróbować: Helvetic Burger (grzyby, ser Gruyere), 9-1-1 Fire! Burger (ser, ostra salsa, jalapenos, grzyby), French Way Burger (ser Brie, ogórki, majonez) oraz Shanghai Burger (kurczak, ananas, słodkie chilli). Oczywiście nie brakuje propozycji dla tych, którzy nie jedzą mięsa - w karcie widnieje też Homemade Vegi Burger :) Również wybór piwa jest zadowalający, ponieważ mamy do wyoru kilka rodzajów "piwa z kija".

U góry: Mafioso Burger
Na dole: Mexican Burger
Nie będę Wam pisać, że wszystko jest takie kolorowe. Podana bułka nie wygląda na pieczoną w restauracji, ale nie zmienia to faktu, że jest naprawdę w porządku i nie mam do niej zastrzeżeń. Kotlety mogą Was trochę zaskoczyć, nie są okrągłe, ale podłużne, przapominają kształtem piłkę do rugby ;) I, jak wspomniałam wcześniej, są naprawdę duże! Burgery zawsze są podane z naprawde dobrymi, grubo krojonymi i nie za bardzo tłustymi domowymi frytkami oraz surówką Colesław. 

Ceny burgerów wahają się od 19.90 CHF za totalnie klasyczną wersję do 33.90 CHF za potwora, który wszystko, łącznie z kotletem, ma podwójne ;) Najczęściej jednak cały zestaw kosztuje 23.90 CHF, więc jest to bardzo dobra cena. A uwierzcie mi na słowo, wyjdzecie stamtąd zadowoleni ze smaku i okrągli jak trzmiele z przejedzenia ;)

Oprócz burgerów restauracja serwuje wiele innych potraw: od sałatek, przez spaghetti do azjatyckich wynalazków. 

Do Pot Belly`s wybiorę się zapewne jeszcze nie raz i Was rownież zachęcam do wypróbowania tego miejsca, gdy będziecie w okolicy Zurychu :) Smacznego i bawcie się dobrze!


poniedziałek, 13 lipca 2015

Ban Song Thai - nie tylko dla fanów ostrej kuchni.

Lubicie ostre jedzenie? Ja lubię bardzo... O ile nie jest za ostre ;) Korzystając z ciepłego, piątkowego wieczoru wybraliśmy się na mały spacer po Zurychu i na kolację. Wybór padł na tajską restaurację, ktorą polecił nam znajomy mówiąc, że to najlepsza restauracja w całym Zurychu. 


Ban Song Thai znajduje się dość blisko dworca głownego i dosłownie kilka krokow od rzeki Limmat. Restauracja jest schowana w jednej z wąskich uliczek i już z daleka kusi pieknymi zapachami. Wystrój jest bardzo schludny i wydaje się dośc prosty, nawet pomimo kilku mocno ozdobnych, azjatyckich elementów. To, co rozczuliło mnie najbardziej to fakt, że wszystko miało ten sam wzór od kompletu, idealnie! Nawet wazony na kwiaty pięknie pasowały do talerzy ;) Dużym plusem jest również fakt, że restauracja jest prowadzona przez tajską rodzinę.


W karcie jest naprawdę duży wybór, od łagodnych potraw do piekielnie ostrych dla wytrwałych zawodnikow ;) Przyznam się, że trudno było mi się zdecydować, ale w końcu wybrałam Czerwone Curry z kaczką i ananasem (oraz 2 papryczkami) a mój partner pokusił się o jeszcze ostrzejsze (z 3 papryczkami) Zielone Curry z rybą. Danie podano nam z ryżem. Do tego zamówiliśmy jasne, tajskie piwo Singha, które schłodzone i słodkie dobrze komponowało mi się z posiłkiem. Ryż był ugotowany idealnie, kaczka aż rozpływała się w ustach a słodycz ananasa i mleka kokosowego dodawała charakteru wybranej przeze mnie potrawie. 

GREEN CURRY z rybą
Miłym zaskoczeniem był pan kelner, który w połowie posiłku przyszedł do nas proponując dokładkę ryżu. Dla nas byłoby to za dużo, ale jeśli ktoś z Was lubi naprawdę dużo zjęśc to tutaj się nie zawiedzie. Muszę też przyznać, że cała załoga w restauracji była bardzo uprzejma i kompetentna a przy tym wyluzowana i sypiąca żartami jak z rękawa ;) 


Ceny za oferowaną jakośc są w sam raz - sałatki kupicie do 20 CHF a pozostałe dania znajdziecie w granicach 20-45 CHF. TUTAJ możecie zobaczć całe menu.

Myślę, że restauracja Ban Song Thai to świetna propozycja nie tylko dla mieszaknców Zurychu, ale też dla tych, którzy wpadli tylko na chwilę, zwiedzić to miasto. Położenie w samym centrum, zaraz przy drodze z dworca nad jezioro sprawia, że nie warto szukać czegoś innego, skoro można tak dobrze i dużo (dla głodomorków) zjeść tak blisko.

Oficjalna strona restauracji BAN SONG THAI

A jeśli nie jesteście bardzo głodni to możecie wybrać się na meksykańskie przekąski do El Luchador, o którym pisałam Wam już TUTAJ :)


poniedziałek, 9 marca 2015

#KULTURA JEDZENIA - ziemniaki w bułce, czyli burger po szwajcarsku w "Imagine", w Zurychu

Idąc na kolację do Imagine nie miałam w planach pisać dla Was recenzji z tego miejsca. Może dlatego, że byłam tam już wcześniej i nie wydawało mi się to na tyle ciekawe miejsce a może dlatego, że zwyczajnie byłam zmęczona i nie chciało mi się robić zdjęć ani myśleć ;) Po otrzymaniu zamówionego dania zmieniłam zdanie! Burger, którego wybrałam tak mnie rozbawił, że uznałam, że to w sumie świetny temat na krótki wpis. Jest to także idealna okazja do rozpoczęcia nowego cyklu na blogu - KULTURA JEDZENIA :)

Szwajcarzy uwielbiają wszystko co szwajcarskie. Nic więc dziwnego w tym, że do wielu potraw z innych krajów dodają coś od siebie. Zimą bardzo często możemy spotkać się z serem raclette wepchniętym niemal wszędzie, nawet w burgery w McDonalds. Zdarzyło mi się próbować też pizzy z Roesti... Czyli z ziemniakami na sosie i serze wśród reszty typowo pizzowych dodatków. Tym razem trafiłam na podobne danie właśnie w Imagine.

W Zurychu znajdziecie dwie restauracje Imagine, jedna mieści się w hali głównej dworca kolejowego, a druga w centrum handlowym Sihlcity. Specjalizują się w burgerach, stekach, sałatkach i tostowych kanapkach. Restauracja na dworcu jest bardzo duża, przestronna, z wysokim sufitem i zdobionymi filarami, natomiast wnętrze w Sihlcity jest mniejsze i bardziej nowoczesne.

"Imagine" na dworcu głównym w Zurychu / zdjęcie pobrałam ze strony http://candriancatering.ch/wp_imagine/meetings-events/
"Imagine" w Sihcity / zdjęcie pobrałam ze strony http://candriancatering.ch/wp_imagine/meetings-events/
Podczas jednej z poprzednich wizyt miałam okazję jeść wegetariańskiego burgera w Imagine w Sihlcity i mówiąc szczerze był to najgorszy wege burger jakiego kiedykolwiek jadłam... Za kotleta służył wielki grzyb a dodatkami były grillowane warzywa, w których przeważał bakłażan. Innym razem również w Sihlcity próbowałam kanapki z kurczakiem i była pyszna! 

Tym razem wybraliśmy się na dworzec główny. Musicie wiedzieć, że do niedawna nie jadałam burgerów a ten, na który skusiłam się w ten weekend był moim drugim, prawdziwym, wołowym kotletem w bułce. Po przejrzeniu karty zdecydowałam się na ten wyjątkowy, który pewnie niedługo zniknie z karty - Carver. "Domowej roboty" burger wołowy z roesti, pomidorkami koktajlowymi oraz serem raclette, zredukowany na grzanym winie. Nie wiedziałam jak ta potrawa będzie podana. Coś podpowiadało mi, że znów dostanę ziemniaki w bułce, ale zastanawiałam się, czy może to jakaś mniej szalona wersja i po prostu dostanę kotleta na ziemniakach ;) Szwajcarzy mnie nie zawiedli. Trochę żałuję, że nie wzięłam aparatu, bo ukazałabym Wam to danie w lepszej jakości:

"Carver" z frytkami 

Wyżej wspomniałam, że nie mam doświadczenia w takich potrawach, dlatego ciężko mi powiedzieć czy coś było nie tak, czy może po prostu źle wybrałam, ponieważ kotlet w wersji well done, którego zamówiłam był zdecydowanie za suchy, ale już wiem, że następnym razem zamówię medium. Poza tym wszystko było w porządku - ciepła, grillowana bułka, 2 przekrojone na pół koktajlowe pomidorki, no i ziemniaki. Taki zestaw jaki widzicie na zdjęciu kosztuje 32 CHF., w tym 26 CHF na burgera i 6 CHF za frytki. Do zestawu dostałam ciemny sos, który miał był cebulowym sosem do raclette, ale nie smakował zbyt mocno cebulą, co ja uznaję za plus. Warto dodać, że mimo, iż na zdjęciu całość wydaje się ogromną porcją to wcale tak nie było. Spójrzcie na koktajlowe pomidorki i porównajcie je do całości. Porcja była wręcz idealna, nasyciła mnie na bardzo długo i na szczęście nie miałam po niej w żołądku uczucia przejedzenia, a w głowie myśli, że zaraz zejdę z tego świata ;) 

Mój partner był bardzo zadowolony ze swojego wyboru, zdecydował się na burgera "Imagine". Stwierdził, że nie był to najlepszy burger jakiego jadł w życiu, ale był bardzo dobry. Ja pewnie nieprędko przekonam się jak smakują inne wersje, bo nieczęsto zdarza nam się chodzić na takie potrawy, ale jestem przekonana, że wrócę jeszcze do Imagine



Rezerwacje (moim zdaniem zbędne, gdyż zwykle nie ma tłumów)

Pamiętajcie o polubieniu strony Kultura po szwajcarsku na facebooku, aby nie przegapić informacji o ciekawych wydarzeniach i miejscach w Szwajcarii :)


OBEJRZYJ KONIECZNIE! :-)

Przeczytaj również: